Dunhill Desire Blue

Od pewnego czasu, dosyć długiego zresztą ten Dunhill chodził gdzieś po zakamarkach mojej zapachowej duszy. Szczególnie, że jestem fanem czerwonego pożądania, które znalazło swoje miejsce na mojej półce i zawsze musi tam już być. Jednak upłynęło sporo czasu zanim tester tej wody trafił w moje łapki. Ale wystarczy już wstępów i przechodzimy do rzeczy.
Pierwsza rzecz to flakon, który jest bardzo podobny do wersji Red, w zasadzie jest taki sam. Solidna, „męska” w wydźwięku butelka, zakończona sporym korkiem, który umocowany jest na zaczepie. Praktyczne, a samej menażce także nic zarzucić nie można. Prostota połączona z elegancją. No i już na tym wstępnym etapie wrażenie obcowania z czymś konkretnym i jednoznacznym. Zapach otwiera się bardzo słodko, i owa słodycz utrzymuje się przez cały czas jego trwania, a równocześnie dosyć świeżo, ale w swój specyficzny sposób. Jest to ten typ owocowej słodyczy, która możecie poczuć w Starwalker’ze MontBlanca czy  JdP „Quasar” – bardzo ładny i przyjemny. Dość szybko przechodzimy do serca i w tej nucie rozpoczyna się nieco „morski” wydźwięk wody, w postaci pojedynczego akordu – jest on niezwykle subtelny, ale raczej nie narzucający się – to nie jest typowy „aquatic” jako rodzaj perfum. Serce jest równie ładne, niestety nie wyczuwam róży, a szkoda, bo w „czerwonym” była ona bardziej zaznaczona. Zejście przeciąga serce na klasycznym, słodkawym ambrowo-piżmowym finiszu. Nie wprowadza większych zmian. Cały rozwój wody oddaje jej charakter –cichy, ciepły, rozmarzony.
Wydźwięk kompozycji jest niezwykle spokojny, stonowany, w przeciwieństwie do „Red”, nie wzbudza emocji, a raczej je łagodzi. To bardzo komfortowa woda na ciepłe dni, która doskonale sprawdzi się w pracy i wszędzie tam, gdzie trzeba pachnieć dobrze, ale nienachalnie. Kompozycja nie jest oryginalna, ale ma coś co wyróżnia ją nieco, jest bardzo „Dunhillowa”, jeśli można użyć takiego porównania, sięgnijcie po więcej aromatów tej marki z pewnością poczujecie wspólne elementy – to trochę tak jak z muzyką dobrego zespołu – ma on swój styl, który przewija się we wszystkich kompozycjach. Tu jest podobnie. Trwałość, podobnie jak wersji czerwonej, do której ją nieustannie odnoszę, ale trudno uniknąć tego bo sam producent skierował zamierzenia w tą stronę – jest przyzwoita, woń trzymała się na mnie ok. 5-6 godzin, choć wyczuwalna była jeszcze dłużej (tyle że już tylko na ciele, więc trudno to uznać za cechę rzeczywistej trwałości), natomiast projekcja jest raczej delikatna i subtelna. Podsumowując krótko, to dobra perfuma na ciepłe dni, w zasadzie dla każdego, bardzo uniwersalna i bezpieczna. Na pewno nie zmęczy i jest świetnym dopełnieniem swojej siostry „Desie Red”. Cena jest dobra, warto ją kupić.

Kompozycja: 4
Moc: 3
Trwałość: 4(-)
Flakon: 4(+)

Umysł: bergamotka, mandarynka, owoce lychee i liście lotosu
Serce: akord morskiej bryzy, pomarańcza i drzewo różane
Baza: ambra, piżmo i bób Tonka

Spot, a w zasadzie pierwsza jego „część”- trzeba przyznać, że klimat zapachu oddaje znakomicie!

A tu macie drugą „część”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s