Metodyka – czyli jak testuję zapachy?

Właśnie się dowiedziałem o czym chcę napisać. I ze zdziwieniem pewnym skontestowałem, że wcale nie chodzi mi o „metodologie testów” – jak myślałem, że mi chodzi, ale o ich metodykę, nie chcę bowiem odpowiadać sobie i wam na pytanie „po co testować”, ale „jak” (to robię).
Pomijając wstęp i kilka trudnych słów, pewnie się zastanawiacie (albo i nie) o co chodzi? Bierzesz, wąchasz i piszesz jak pachnie! Niestety, wbrew pozorom to wcale nie jest takie proste. Chcąc napisać coś względnie chociaż obiektywnego na temat konkretnych perfum, trzeba przyjąć ustalone zasady postępowania z nimi – ogólnie. W przeciwnym wypadku pisalibyśmy nie tylko o naszych subiektywnych odczuciach, ale przede wszystkim o naszych subiektywnych błędach postrzegania, które wynikają z braku jakiejkolwiek metodyki działania.
Tak czytam co napisałem i szczerze mówiąc brzmi to mało przejrzyście – cóż z tego, że poprawnie logicznie, skoro sam się nudzę czytając to? Postaram się więc pisać prościej, cobym ja nie usnął, a wy z krzeseł nie pospadali. Do rzeczy.
Jak więc „testuję” zapachy?
Można tu przyjąć różne sposoby i teorie te uznać za właściwe dla nas. Na swój własny użytek przyjąłem jednak kilka wytycznych, których się staram uparcie trzymać. Zanim jednak o tym, o czym innym pierwej.
Każdy z nas ma swój własny zapach, to woń, którą wydziela nasze ciało (konkretnie skóra). Wpływa na niego wiele czynników – dieta, tryb życia, papierosy, alkohol, stres, choroby, higiena osobista, ph itd. Aromat, który uzyskujemy po zaaplikowaniu perfum, jest wypadową tych wszystkich czynników, oraz samego zapachu oferowanego przez konkretną perfumę (używam tej formy z premedytacją, więc proszę polonistów o darowanie sobie wytykania jej „niepoprawności”). Powoduje to ciekawe konsekwencje – na każdym te same perfumy pachną nieco inaczej. Dodatkowo, żeby łatwo nie było każdy z nas odmiennie odbiera te same wonie. Jedne „nosy” mocniej skupiają się na pewnych akordach zapachowych (i pojedynczych składnikach) inne na zupełnie innych. Efekt można zaobserwować na wszelkich portalach „perfumowych” – część osób pisze, że czuje w danej wodzie to i tamto, inni wywąchują coś zupełnie innego. Czasem jest to posunięte aż do skrajności, czytając można odnieść wrażenie, że piszący opisują zupełnie inne zapachy! To właśnie efekt wspomnianego „indywidualistycznego odbioru woni”. Jeśli dodamy do tego to, o czym wspomniałem wcześniej, czyli odmienny zapach skóry… robi się niezłe zamieszanie! A to dopiero początek. Nie ma bowiem chyba drugiej, tak skrajnie subiektywnej sfery życia jak właśnie – świat zapachów. Nasze nosy nie są przesadnie rozwiniętym aparatem zmysłu powonienia. Zwierzęta przerastają nas tu zdecydowanie. My używamy „wąchania” w dosyć ograniczonym zakresie – potrzebne nam to do spożywania posiłków (smak), jako element alarmowy (czujemy np. zapach dymu, spalenizny itd.), oczywiście również „ładne” wonie wyczuwamy, ale już w znacznie mniejszym zakresie, i muszą one być bardzo wyraźne, aby nie uszły naszej uwadze. Niektórzy mają jednak dobrze rozwiniętą pamięć zapachową i kojarzą zapach z konkretną sytuacją w życiu lub osobą z przeszłości (często dzieciństwa, z okresu zakochania, z trudnych lub pięknych chwil), choć najczęściej jest to dosyć prosty aromat (np. zapach róż, zapach pieczonego chleba, „świąt” czy podobny). Niemniej pełne wykorzystanie tego wspaniałego aparatu powonienia wymaga ćwiczeń, jak wszystko inne zresztą. I dlatego – często wąchając różne aromaty, wyrabia się nasz gust, a powonienie staje się bardziej selektywne – to co do nas dociera przestaje być tylko papką, miksem różnych woni, ale staje się zapachem, ze swoim bogactwem i złożonością. To co właśnie przeczytaliście nie jest bynajmniej luźną dywagacją autora, który wpada w samouwielbienie, a gdzież tam! – wskazuję jednak na jeszcze jedną trudność – więcej wąchając pełniej można czuć, tym samym, ktoś kto sięga po perfumy okazjonalnie, może być nieco skonfudowany pewnymi ich opisami. To powoduje ważną w mojej metodyce rzecz, o której również będzie mowa przy wymienianiu zasad testowania. Należy napisać o jeszcze jednej, a w zasadzie dwóch kwestiach. Po pierwsze inaczej będziemy promieniować wodą pachnącą, gdy skropimy pewne części ciała, a inaczej gdy inne i nie chodzi tu stricte o sam zapach, co raczej jego moc i intensywność oraz co bardzo istotne  – trwałość. Woń najlepiej rozchodzi się w miejscach, które są dobrze ukrwione – tłocząca się przez nasze żyły i tętnice krew powoduje ruch, który uwalnia molekuły zapachu – oraz takie, w których jest ciepło – sprzyja ono emisji woni. Tym samym jej projekcja (czyli to jak mocno jest „uwalniana” na zewnątrz i odbierana przez otoczenie) jest lepsza. Warto więc zakrapiać miejsca takie jak serce (okolice klatki piersiowej), wewnętrzne części łokci, szyja, uszy (właściwie nad nimi). Dobrze też chłoną wonie ubrania (ale z naturalnych, niesyntetycznych tkanin) i trzymają ją dłużej niż skóra (brak ph i dodatkowych składników), a także włosy. Ale uwaga, bo czasem niektóre rodzaje perfum mogą plamić (szczególnie koncentraty i perfumy właściwe). Druga ważna i wspomniana przeze mnie kwestia dotyczy tego jak długo używamy danych perfum. Otóż każdy z nas ma określony czas asymilacji zapachu z naszą skórą, czyli okres po jakim aromat „przegryza” się ze skórą, jej właściwościami i brzmi w pełni. Czasem jest to kilka dni, czasem znacznie dłużej, u mnie np. około dwa tygodnie. I znowu kolejne utrudnienie polega na tym, że nawet kiedy spełnimy już wszystkie wymienione warunki i nosimy perfumy długo, to po pewnym czasie wciąż mogą się one zmieniać i zaskakiwać nas czymś nowym (a może być i tak, że nasz nos przyzwyczai się do nich i będziemy je słabiej- lub wcale – wyczuwać)! W gruncie rzeczy bowiem dobre perfumy odkrywamy bardzo długo – potrafi do naszego nosa co jakiś czas dotrzeć coś, czego wcześniej nie czuliśmy, i zaskoczyć. Znowu wychodzi do głosu, to osobnicze postrzeganie aromatu oraz sam fakt wielkiej subiektywności tego zagadnienia.
Podsumowując w takim razie czy to wszystko nie oznacza, że trudno w ogóle testować obiektywnie perfumy? I tak i nie.
Gdybyśmy chcieli ocenić tylko sam zapach, to idealny rozwój – przejście przez wszystkie swoje fazy – każde perfumy mają bowiem najczęściej klasycznie trzy fazy, czyli to co wymyślili twórcy – otrzymamy tylko wąchając blotter (papierek testowy) skropiony daną wonią. Ale to czysta teoria, gdyż same perfumy inaczej będą pachnieć na ciele (zresztą na każdym). Takie testy nie mają więc większego sensu, choć z pewnością mogą pomóc profesjonalistom w ocenie zapachu i jego złożoności. I tylko tyle, bo nie mają specjalnego znaczenia dla nas – końcowego odbiorcy. Pamiętam sam, to zdziwienie po pierwszych użyciach zapachu, który mnie zafascynował (a był to doskonały Burberry „London”, zresztą) kiedy się okazało, że pachnę „inaczej” niż na papierku. Pewnych akordów nie czułem wcale, inne wyczuwałem zdecydowanie mocniej (niż na blotterze), a cały wydźwięk woni był na mnie zdecydowanie bardziej delikatny i selektywny niż na wcześniej wąchanym papierku. To jest właśnie wspomniany m.in. efekt asymilacji ze skórą.

A teraz mogę wreszcie wymienić krótko punktach zasady dotyczące testów, już bez rozwijania ich, bo po przeczytaniu powyższego wszystko powinno być dla was jasne.

– perfumy testuję zawsze „na ciele”, nigdy na nadgarstku (lub blotterze),
– zapachy testowane są minimum dwa razy (w przypadku próbki), najczęściej jednak kilka razy, nigdy nie piszę recenzji po jednokrotnym teście! W przypadku zapachów, w których posiadanie wchodzę (flakon) noszę przynajmniej dwa tygodnie zanim coś napiszę, takie testy są najbardziej miarodajne, choć wciąż subiektywne.
– opisuję swoje subiektywne odczucia, staram się nie używać fachowej nomenklatury perfumiarskiej co mi łatwo przychodzi, bo uważam się za laika w tym względzie – moim zamierzeniem jest oddanie tego jak odbieram woń, a nie tego czym ona jest i z czego się składa.
– testuję w różnych warunkach, zarówno na „czystą” skórę (ok. godziny po kąpieli), jak i na  nieco „przechodzoną” – aby oddać jak najlepiej rzeczywiste warunki w jakich dana woda się znajdzie,
– spożywam różne pokarmy (ale bezmięsne), prowadzę raczej aktywny tryb życia, nie palę, alkohol sporadycznie,
– testując, „ubieram się” tylko w jedne perfumy na raz. Nigdy nie wolno mieszać zapachów, chcąc coś więcej o nich powiedzieć (chyba że na swój własny mini-użytek, ale nie do testu).

Myślę, że wystarczy. Teraz czytając opis jakiegoś zapachu na moim blogu będziecie się mniej więcej orientować jak go testowałem. Ponieważ staram się zaznaczać, czy mam do czynienia z pełnym flakonem czy testerem (miniaturka perfum o pojemności najczęściej 0,8 – 2,5ml do celów reklamowych), możecie uznać daną recenzję za mniej lub bardziej wiarygodną dla was.

A w następnym artykule zajmiemy się kolejną ciekawostką dotyczącą zapachów, a mianowicie spróbujemy sobie odpowiedzieć wspólnie na pytanie, szczególnie w ostatnim czasie aktualne – czy zapach ma płeć?

Reklamy

One comment

  1. Świetna szata, no i treść naprawdę super. Gratuluję bloga i ciekawych recenzji, bardzo przyjemnie się je czyta.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s