Fahrenheit 32, czyli… i żółwie mogą latać

Swego czasu, kiedy każdy chciał pachnieć Farenhajtem, „jakoś” ominęło mnie to szaleństwo. Pamiętam jednak do dziś zachwyty kolegów nad bazarowymi „zamiennikami” (bo mało kto kupował wtedy oryginalne perfumy) owej mistrzowskiej – nie da się ukryć – kompozycji. Po prostu Farenhajt stał się, podobnie jak wielu innym przed nim i po nim – zakładnikiem własnego sukcesu. Nie zmienia to jednak całościowej opinii o tej wodzie, jako wyjątkowo udanej kompozycji. Ponieważ najlepiej sprzedają się oklepane pomysły, ale w nowym opakowaniu szacowny Dior postanowił zarobić nieco na swoim pierwotnym sukcesie i wydać kilka zapachów „nawiązujących” do pierwowzoru. I tak powstał „Absolute”, opisywany „32”, „0 degre”,  „Aqua” oraz kilka wersji „Summer edition 20xx”. Oczywiście wszystkie z „Fahrenheit” w nazwie. I nie wiem jak pozostałe, ale wąchany przeze mnie właśnie „32” tyle ma wspólnego z oryginałem ile tytułowy żółw z lataniem.

Konstrukcja aromatu jest prosta jak uderzenie argumentu profesora Leppera – pomarańcza (kwiat) + wanilia + wetiwer. Jest słodko, świeżo (przynajmniej na początku) i ogólnie przyjemnie. Przez cały czas trwania zapachu nic się nie zmienia, nie dzieje – nie ma mowy o przejściach pomiędzy poszczególnymi nutami, bo po prostu prawie ich tu nie ma w klasycznym sensie – dostajemy jednolitą woń, z mocniej naznaczonym na początku aromatem pomarańczy i bardzo delikatnym i zjadliwym dla każdego wetiwerem na końcu. Efektem tego jest oczywista i rzucająca się w nos od początku, uniseksualność zapachu – nie wyraża on w żaden sposób płci nosiciela, więc nosić może go każdy. Interpretację tego faktu pozostawiam każdemu – wedle uznania, dla mnie to wada. To na czym 32 się opiera to wanilia, w gruncie rzeczy, to bardzo typowy waniliowiec właśnie, bez żadnych niespodzianek po drodze. Niestety wanilia w kontekście męskich perfum ma to do siebie, że musi być dobrze „obudowana” innymi składnikami, oraz wyważona, żeby się nie narzucać i – mówiąc oględnie – nie „walić”. Czy to się udało? Nie do końca. Z pewnością woń jest dobrze wyważona, pomimo dominacji tego składnika jest ładnie i  nie można powiedzieć, że coś nie gra w zapachu. Gorzej z drugim warunkiem – brakuje ewidentnie jakiś dodatków, które nadawały by charakteru (już nawet nie pazura) – pomarańcz to zdecydowanie za mało, a wetiwer i owszem, mógłby mocniej „namieszać” ale jednak nie w tak „delikatnej” wersji jaką tu dostajemy. Jak powiedział jeden znajomy – „pachnie trochę jak budyń waniliowy”. Bardzo, bardzo prosto – miło, niezobowiązująco i nijak.

Perfumy są trwałe, przez pierwsze 5-6 godzin projektują intensywnie, później trochę się wyciszają ale wciąż trwają na skórze. Sama projekcja również jest dobra, ogona nie ma ale jest wyczuwalnie.
Jak podsumować? Gdyby spojrzeć na Fahrenheit 32 jako następcę swojego protoplasty to mamy do czynienia z porażką na całej linii. Jeśli natomiast zapomnimy na chwilę o tym nieszczęsnym słowie na „F”, to… jest trochę lepiej. Ale niewiele. W gruncie rzeczy, jest bowiem dużo znacznie lepszych zapachów w tej kategorii (wanilia), bardziej rozbudowanych i z charakterem. Trudno go komuś polecić, więc go nie polecam, szczególnie że cena jest także nieadekwatna do tego co otrzymujemy (poza niewątpliwą jakością, jednak nie kompozycją). Przeciętniak jakich wiele.

Kompozycja: 3(-)
Moc: 4(-)
Trwałość 4(+)
Flakon: 3(-)

Umysł: kwiat pomarańczy
Serce: wanilia
Baza: wetiwer

Spot obiecuje więcej, niż niestety – sam  zapach nam daje…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s