O Północy w Paryżu

Massmarketowe premiery perfumowe ostatnich lat nie rozpieszczają naszych nosów. Pośród chmary nieszczęść pokroju czempiona winnego milion dolarów oraz pomniejszych przechodzących bez echa i zanikających w odmętach zapachowej studni zdarzają się również pozycje dobre, a nawet świetne. Co prawda nie jest ich wiele, ale cóż… jak wszystko w życiu – rzeczy dobre i wartościowe nie leżą na ulicy. Trzeba mieć odrobinkę odwagi by po nie sięgnąć i chęci by poszukać.

Po tej wstępnej dygresji nie pozostaje mi nic  innego jak tylko dokonać kolejnej. Co też bez zażenacji czynię. Moja skóra ma pewną specyficzną właściwość (pomijając fakt, że jest generalnie sucha) – z drobnymi wyjątkami – sprowadza do parteru większość, nawet tych najbardziej krzykliwych zapachów. Piłuje pazurki, wycina fragmenty, sprawia że
z niegrzecznego i rozbrykanego ogiera robi się równie niegrzeczny i rozbrykany, tyle że kucyk. Ma to swoje dobre i złe strony. Nigdy nie wiem w jaki sposób dana kompozycja się na mnie zaprezentuje, co też tym razem wyciśnie z niej ta wszędobylska powłoczka. Ba! Czasem ten sam zapach pachnie bardzo różnie w zależności od… no właśnie, od czego?

Ale wracaj już belorku do tematu, czyli Midnight In Paris od Van Cleef & Arpels (wersja eau de toilette), który to właśnie się niecierpliwie wierci na nadgarstku (i reszcie partii, na której od rana wciąż jeszcze jest delikatnie wyczuwalny)!
Premiera z ubiegłego roku, dwie wersje zapachowe edt (testowana) i edp, aromat męski, typowo wieczorowy. Perfumy co najmniej dobre, a myślę że nawet bardzo, pomimo że to generalnie nie mój typ woni. Północ w Paryżu pachnie skórą, a raczej skórzaną torebką. Kobiecą, zdecydowanie kobiecą. I jej zawartością, szminką, spinką, bibelotami… Nie mogę się odpędzić od tego wrażenia ilekroć wącham MiP. Ale to za mało, bo oprócz są jeszcze posmaki kwiatowe, wyraźnie wyczuwalna konwalia i w tle rozmaryn. Na mnie to prawie wszystko, zmienia się jeszcze ale nie czuję obiecanego kadzidła, całość idzie bardziej w stronę słodkawej ambry – na szczęście bardzo subtelnej i przyjemnej w odbiorze. A wszystko w z lekkim posmakiem pudru, również rozsypanego (pewnie przez nieuwagę) w owej tajemniczej torebce…
Zapach przywołuje mnóstwo obrazów, jest plastyczny, barwny i w tym sensie rozumiem jego koncept. To, że zamiast błękitnego, gwieździstego nieba widzę swoja matkę wracająca z pracy 20 lat temu i moje poszukiwania ciekawostek w jej torebce, cóż…
Odbiór jest zawsze sprawą indywidualną. Cóż nie jest w zapachach? 😉

Pierwsze wrażenie nie było jednak pozytywne. Poczułem się okropnie „sztucznie” w tym zapachu, kobieco, nieswojo. Zawiało chemią, brakowało przestrzeni. Ciasne wnętrze pojemnika na wszystko co potrzebne, snuło obrazy jakieś rozmyte i niejednoznaczne. Nawiązując do początkowych przypisków powiem, że Paris pachnie na mnie i rozwija się bardzo subtelnie i generalnie uniseksowo, nawet w stronę kobiecą – jeśli jeszcze się nie domyśliliście. Ot, to zaoferowało mi ciało tym razem. Nie jest to jednak wada, choć również w ten sposób to na początku odebrałem.
Wraz z czasem stawało się jednak dobrze. Myślę, że to jedna z tych kompozycji, w której trzeba rozsmakowywać się powoli, dać czas, szansę na pokazanie się w pełni, a z pewnością się odwdzięczy, bo rozwija się ślicznie. Nie uświadczyłem w niej bardziej „męskich” akcentów, ale i to przestało mi przeszkadzać. Jedni powiedzą, że zapach nie ma płci, inni że to nie istotne, a ja po prostu skupiłem się na samej kompozycji i moim w niej samopoczuciu, które z godziny na godzinę było coraz lepsze. Teraz Van Cleef & Arpels podoba mi się szczerze, co jest dokładnym przeciwieństwem stanu początkowego. Mało tego nie powiem o tych perfumach, że są po prostu „ładne”. Nie. One są piękne. Na swój sposób.

Tytułem dygresyjnego (a jakże inaczej!) podsumowania. Midnight In Paris to na prawdę dobre perfumy. Są trwałe, dojrzałe i wysmakowane. I jakkolwiek to „nic nowego”, z pewnością to jedna z (naj)lepszych premier ubiegłego roku pośród zapachów designerskich. Polecam.

Kompozycja: 4(+)
Moc: 4
Trwałość: 5(-)
Flakon: 4

PS. Nie daję mojej rekomendacji z tej prostej przyczyny, iż perfum jednak nie kupię (a tylko takie rekomenduję), co nie znaczy, że wy nie powinniście powąchać, szczególnie że są łatwo dostępne w sieciówkach.

Nuty: konwalia, rozmaryn, cytryna, tonka, ambra, kadzidło, skóra.

Advertisements

10 comments

  1. Porównanie do kobiecej torebki i jej zawartości – genialne, naprawdę.
    Tą recenzją zobrazowałeś mi ten zapach w pełni. 🙂
    Mając go teraz na nadgarstku, wyobraziłem sobie ową torebkę na ramieniu ślicznej Emmanuelle Beart, a nad nią gwieździste, paryskie niebo.
    Cholera, na mnie ten zapach również układa się kobieco, ale to nic – i tak go uwielbiam!
    Świetna recenzja, Belor, bardzo sugestywna. 😉

  2. Pirath, nazwa powinna Ci przypominać raczej najnowszy film Woody’ego Allena o tym samym tytule 😉 A tak w ogóle to jest to nazwa zegarka z kolekcji Van Cllef & Arpels – flakon Midnight in Paris wygląda dokładnie tak jak jego tarcza. Mnie osobiście kojarzy się natomiast z męskim Hermes Eau de Merveilles. Zastanawiam się nawet, czy to nie powinno wylądować u mnie w sekcji plagiaty 😉

  3. chempiona winnego milion dolarów 😉 epickie gratuluję 🙂
    do tej pory tego zapachu nie znam… odstrasza mnie cukierkowy flakon i nazwa przywodząca na myśl jakieś nowe perfumy Britney Spears 8)
    ale kiedyś przyjrzę mu się z bliska…

    1. Dobry i ciekawy zapach, warto spróbować, choć może się nie spodobać. Flakon nie jest taki zły, ja go oceniam na 4. A same perfumy dostępne bez problemu w obu wersjach, więc blotter to nie grzech 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s