almost like a (demi)god!

Kolejna legenda. Kolejny zawodnik wagi ciężkiej (’80). Kolejne wyzwanie.

Po ostatnich zwarciach z perfumami, które święciły triumfy w nieodżałowanych latach osiemdziesiątych (ach, ta cudownie niekiczowata moda!), a przez niektórych wciąż są uważane za wielkie dzieła tamtych czasów, czuję się lekko – olfaktorycznie – poobijany. Jakby mi ktoś przyłożył w nos. Z tym większym entuzjazmem podszedłem więc do następnej z serii próbek „tematycznie zaliczanych do tamtego okresu”…

Antaeus Chanela przez wielu uważany jest za jeden z najlepszych zapachów wyrażających ducha czasów obcisłych dżinsów, Sabriny i gumy Donald.
No dobrze – a z czym do ludzi?

Pierwszy dzień z tą wodą był trudny. Zapach otworzył mi się kwaśną paczulą zmieszana z „nieodzownymi” dodatkami (typu kastoreum – sprawdźcie sobie cóż to takiego miłego…), które zamiast pomagać jeszcze pogłębiają wrażenie – uderzając w nos tym wszystkim czego najbardziej nie znoszę w perfumach z „tego” czasu. A że aplikacja była konkretna uznałem, że zostanę uduszony już po kilku godzinach… Nie spodziewałem się więc niczego innego niż wszystko to, co do tej pory wąchałem w tym klimacie. I niespodzianka. Wraz z upływającym dniem zapach zmieniał się. Łagodniał, a pod koniec zaskoczył mnie bardzo przyjemnym zejściem – długotrwałym, słodkawym i aromatycznym.
Jeszcze lepiej było drugiego dnia testów. Od początku zamiast paczuli dostałem bardzo przyjemny miks, w którym dominujący był aromat mirry (mirtu), przypominający kadzidło, ale jednak pachnący nieco inaczej. Do tego na koniec doszła słodkawa ambra i chyba wcześniej jeszcze jakieś kwiaty (nie potrafię „rozłożyć” tego zapachu). W każdym bądź razie, to co czuję od rana podoba mi się, jest przyjemne, ładne i można by się nawet pokusić o określenie „zmysłowe”. Nie wiem z czego to wynika, może to kwestia przyzwyczajenia nosa, może zmiany oczekiwań, a może poprzedni dzień nie był dobry dla naszej relacji? Kompozycja zapachu jest niewątpliwie ciekawa i ładna. Równocześnie mocna, męska i wyrazista. Ma w sobie coś. Chyba nie musze dodawać, że jest trwała i dobrze projektuje? (nawet po niesławnej reformulacji).

Antaeus był półbogiem, a konkretnie gigantem. Myślę, że nazwa tej wody dobrze oddaje jej klimat. Kompozycja jest wielka, ale ma w sobie coś mitycznego, w przeciwieństwie do testowanych poprzedników, skrywa pewna głębię.
I muszę docenić tego Chanela. A w zasadzie nie tyle muszę co chcę, szczególnie że na tle konkurencji wypada świetnie – podoba mi się. Nie mógłbym go nosić, bo jesteśmy innymi światami, które kolidują, ale pomimo tego z czystym sercem mogę wam polecić – tym razem także zdeklarowanym przeciwnikom tych klimatów.

PS. Mimo prostoty, flakon również ma coś w sobie. Jest… magnetyczny.

Kompozycja: 5(-)
Moc: 4(+)
Trwałość: 5(-)
Flakon: 4

Umysł: szałwia, mirra, cytrusy
Serce: paczula, drzewo sandałowe, kastoreum, róża, jaśmin,
Baza: labdanum, wosk pszczeli, ambra, mech dębu

Spot… myślę, że trafia. Szczególnie w tamten czas. No i zgadnijcie, kto go „wyreżyserował”..?

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s