Bowling Green

Dziś będzie krótko i na temat, bo… tak będzie.
I już 🙂
Bowling Green, to „cytrusowa bomba” (wedle określenia jednego z forumowych kolegów) wykreowana w 1986r przez markę Geoffrey Beene. Tak, tak tego samego pana Beene, który stworzył (nie)sławną Szarą Flanelę. W przeciwieństwie do nieświeżo-zwiędło-fiołkowego Grey Flannel, Bowling Green jest jednak zapachem zdecydowanie rześkim z kilkoma dodatkowymi akcentami. No i ciekawszym.

Przede wszystkim „więc”, od pierwszego powąchania zostaniecie zalani falą silnie cytrusowej świeżości, a właściwie cytrynowej. Nie jest to jednak chemiczna i ułagodzona „świeżość” dzisiejszych konstrukcji tego rodzaju, ale wyjątkowo – same naturalne składniki. I to wyraźnie czuć. Mało przyjemną rzeczą w otwarciu jest werbena, której nie lubię i która zwyczajnie psuje mój odbiór tej części. Ale może wam to nie będzie przeszkadzać. Zresztą, utrzymuje się ona tylko na początku, bo po krótkim raczej czasie zapach odsłania treść swojego środka, a tutaj do początkowych wrażeń dołączają się zgoła inne. Przede wszystkim lekko mdława słodycz, która dominuje i jest „ładna”, ale przyznam, że męcząca. Coś mi też wyraźnie przypomina… już wiem, testowaną niedawno Venezie od LB. I to jednak nie trwa wiecznie, bo wkrótce odsłania się akt trzeci, czyli baza, która z kolei finiszuje bardziej męskim klimatem, może trochę rozmytym, albo „rozmemłanym”, niemniej dosyć „głębokim” (cokolwiek to znaczy). Praktycznie do samego końca jest też dość słodko.

Z pewnością całość kompozycji należy ocenić pozytywnie, choć sam fakt podobania się lub się nie podobania – jest sprawą dyskusyjną. Mnie Bowling Green nie zachwycił, choć to w sumie zupełnie przyzwoita woda i nie ma się czego czepiać. Zwróćcie też uwagę na ilość użytych składników w poszczególnych nutach, można dostać oczopląsu choć należy to traktować bardziej w kategoriach ciekawostki niż czegoś co ma istotne znaczenie dla końcowego efektu, czyli odbioru aromatu przez wąchającego, bo nie zauważyłem jakiś ciekawszych akordów przemykających to tu to tam, jak to się czasem dzieje w tak złożonych zapachach. Uf, ależ długie zdanie (a miałem pomysły, żeby je jeszcze rozwinąć…. ileż litości jest dziś we mnie 😉

Co do reszty, to mamy dobrą trwałość i niezłą projekcję co w lecie nie zdarza się często, a właśnie w ten czas woń sprawdzi się najlepiej. Mamy też zdecydowanie męskie ujęcie tematu, choć bez sztampy i patosu charakterystycznych dla okresu, z którego pochodzi opisywany Geoffrey Beene (uparte lata ’80). Flakon taki jak pozostałe – charakterystyczne dla tej marki – prosta butelka z nadrukiem (badziewnym, ale przynajmniej za to nie płacimy) – cena bardzo dobra.

Ogólnie przeciętnie, no może trochę lepiej.
Powąchajcie sami.

Kompozycja: 3(+)
Moc: 4(-)
Trwałość: 4(+)
Flakon: 2(+)

PS. Jak widać jest mimo wszystko znacznie lepiej niż w przypadku Grey Flannel, a do przetestowania pozostała mi ostatnia kreacja pana Geofreya (a w zasadzie nie jego…), a mianowicie „Eau de Grey Flannel” i chyba spodziewam się po niej więcej niż po już opisanych, choć na cudaki nie liczę. Ale to przy innej okazji.

Umysł: pomarańcza, papryczka Pimento, jagody jałowca, nuty owocowe, goździk, bazylia, wetiwer, bergamotka, cytryna
Serce: gałka muszkatołowa, bylica, cynamon, lawenda, jaśmin, werbena, mech dębu, szałwia, igły sosnowe, kardamon
Baza: rozmaryn, kolendra, drewno sandałowe, jodła, ambra, paczula, mech dębu, drewno różane (palisander), geranium

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s