Srebrny cień na wysokościach

Pierwsze spotkanie z zapachem z serii Silver Shadow skończyło się totalnym zniesmaczeniem. Marność owej kompozycji osiągnęła wyjątkowo wysoki poziom tandety i nijakości, nawet uwzględniając wyśrubowane, współczesne standardy, obowiązujące w tym zakresie. Nic dziwnego, że do kolejnej odsłony „Srebrnego Cienia” podchodziłem ze sporą  rezerwą, aczkolwiek chyba bez uprzedzeń.

Aromatycznie Silver Shadow Altitude, bo tak się nasz następca nazywa, to bardzo prosta kompozycja z kategorii wodno-cytrusowej, czy też może bardziej właściwie powiedzieć – owocowej. Cały zamysł można streścić w jednym słowie – jałowiec. Jagody jałowca (wedle podanych przez producenta nut), to dominujący i główny element, na którym opiera się pomysł na te perfumy. Pachną one od początku do końca z różnym nasileniem i różnymi dodatkami, ale zawsze dominują. Jedynie przy samym zejściu delikatnie w tle pobrzmiewa subtelne słodkawe kadzidełko ma piżmowej bazie, ale bardzo bardzo ciiiiiicho…

Lubię jałowiec, ale zdecydowanie w innej wersji. Ten, który serwuje nam Altitude jest przede wszystkim mocno syntetyczny i łagodny – wręcz wydelikacony, to chyba podstawowy zarzut. Pachnie trochę jak odświeżacz powietrza. A sam jałowiec (jagody), to ciekawy składnik, który potrafi pięknie zagrać, jeśli dobrze go wykorzystać (odpowiada mi jego odmiana w ostrym, wyrazistym charakterze). Używany w perfumach massmarketowych jest prawie zawsze niefajnie rozmiękczony i w sumie nudny. Uczciwe przyznać jednak należy, że woń Altitude sama w sobie jest lekka i przyjemna. Kompozycja liniowa, raczej nie rozwija się, a trwa. Niewiele więcej czuć poza wspomnianym głównym aktorem i anemiczną bazą.

Perfumy reklamowane są jako męskie – nic bardziej mylnego, to zdecydowanie uniseks i to bez przechyłów, kompletnie nic „męskiego” czy „kobiecego” nie wyraża. Z pewnością jest lepiej niż w przypadku poprzednika, jednak wciąż co najwyżej przeciętnie. Tak, przeciętny to najlepsze słowo, taki jest zarówno sam zapach jak i jego techniczna strona – trwałość (6-7h) i projekcja (umiarkowana). Mimo niemęczącego, codziennego charakteru, to woda dość nijaka i bezjajeczna.

Kompozycja: 3
Moc: 3
Trwałość: 3(+)
Flakon: 3
SOB: 3(-)

umysł: jagody jałowca, grapefruit
serce: cedr, kminek,
baza: piżmo, drzewo kaszmirowe, kadzidło

Spoty aż dwa, i znowu według zasady - marny produkt, dobry PR.

PS. Uparte lansowanie zapachu poprzez pryzmat męskiej dojrzałości jest co najmniej dziwne.
To perfumy dla młodego chłopaka, chyba że kilka lat poleżą i się zestarzeją…

Reklamy

5 comments

  1. he he cóż za zbieg okoliczności 😉 Ty go opisałeś 2-go a ja 4-go lutego 😉
    imo najciekawsze jest w nim baza, a to dzięki przepięknej, ciepłej nucie kaszmiru…
    pozdrawiam pirath

    1. Czytałem twoja recenzję, rzeczywiście ciekawy zbieg okoliczności 😉
      Oceniłem go bardziej surowo niż ty, aczkolwiek nosi się go bardzo miło i przyjemnie.Ładnie też pachnie na ubraniu.

        1. Wiesz, ja słabo w bazie wyczuwam dodatki w przypadku tego Davidoffa, z pewnością jest znacznie lepszy niż podstawowa wersja, ładny przyjemny zapach, ale postrzegam go chyba dość liniowo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s