Samiec

Zmieniamy klimat. I to dosyć diametralnie, bo po poprzednich potyczkach tym razem rzuca nas w rejony mass’owe i mass’marketowe w najbardziej ewidentnym i efektownym wykonaniu. Panie i Panowie:  Jean Paul Gautier – Le Male.

Moja przygoda z tymi perfumami rozłożona jest w czasie i składa się z trzech etapów. Jak chyba każdego – w taki czy inny sposób, także i mnie spotkała przyjemność powąchania kompozycji pana Francisa Kurkdjiana (nie wpadając w kolejną dygresję – prawdziwy geniusz i wybitny nos) i było to dobrych kilka lat temu „przelotem” w perfumerii. Wrażenia z tamtego czasu nie odnotowałem żadnego, a przynajmniej niewiele zapamiętałem. Kilka lat później a mniej więcej około roku temu, przypadkiem w łapki wpadł mi oryginalny testerek niebieskich perfum i po jego przetestowaniu (do czego wcale mi się jakoś nie spieszyło – nawiązując do wcześniejszych doświadczeń – swoje odleżakował) stwierdziłem – muszę mieć flakon na półce! Czym mnie ujął? Trudno to zdefiniować w kategoriach stricte zapachowych, ale Le Male którego wtedy testowałem był kompozycją tak wesołą i pozytywną, wręcz głupkowatą w swojej radości, że nie mogłem się temu oprzeć! Sam nie wiem, czy z próbką było coś (nie)tak czy może mój odbiór wtedy był tak mocno zmieniony, niemniej trafił na listę zakupową. Niestety perfumy należą do tych droższych (i żadne czary tu nie pomogą), w związku z czym swoje odczekał, aż pewnego dnia pożądany kadłubek o pojemności 75 dumnie stanął w szafce. I zasadzie od tego momentu zaczyna się właściwy opis tego zapachu, bo dopiero wtedy miałem pełną możliwość ponoszenia go na sobie i przetestowania. Co ciekawe, ale równocześnie i smutne – Le Male okazał się inny niż wtedy, kiedy zarażał mnie swoją radością. Był znacznie bardziej przyziemny, cięższy, „zmruszały”. W końcu się rozstaliśmy, bo jakkolwiek jest to bardzo dobra kompozycja i już klasyka dziś, to jednak nie cieszył mnie, a sam aromat choć świetny, to nie taki abym chciał go mieć na stałe.

Woda skomponowana została w 1995 r. w dekadzie, którą uważam za najlepszą w perfumiarstwie, najbardziej kolorową i odkrywczą. I oczywiście taki był również Le Male. Zapach skrajnie prosty, monolityczny, pachnący praktycznie od początku do końca tak samo, a jednak – rewelacyjny! Nie było w nim nic odkrywczego jeśli chodzi o ingrediencje natomiast to jak je zaserwowano… no cóż, to było zupełnie inne spojrzenie na męskie zapachy klasycznego ujęcia, ale również inne od reszty słodkich zapachów, których wówczas nie brakowało.
Zamiast opisywać jak pachnie i z czego składają się poszczególne akordy, powiem tak – nie wypada tego nie powąchać, więc najprościej będzie pójść do stacjonarnej perfumerii i niuchnąć blotter. Zresztą i tak z dużą dozą prawdopodobieństwa już go gdzieś czuliście, bo jest masowo podrabiany i trudno się o niego nie „otrzeć”, biorąc również pod uwagę bardzo dobrą „ogoniastą” projekcję i całodniową trwałość.

Wanilia, pomarańcz (kwiat), bergamotka i odrobina cynamonu – efekt? Bardzo ładny, słodki i wyrazisty aromat, nasuwający wiele skojarzeń, podsypany pudrem, nieco bezczelny, trochę chłopięcy taki „psotny”. Paradoksalnie – męski i to bardzo, wręcz samczy choć raczej nie tyle użytymi składnikami, co sposobem ich ujęcia, pewną nachalnością. Zmysłowy? Zdecydowanie. Wręcz duszny, a równocześnie przywołujący jakieś mętne, niesprecyzowane może nawet nieco wyuzdane skojarzenie…
Cechą charakterystyczną (nie tylko zresztą tego, ale także innych męskich zapachów JPG) jest flakon w kształcie męskiego kadłubka. Kontrowersyjny w kwestii estetyki, bo niektórzy uważają go za szczyt kiczu, inni mają zdanie przeciwne. Mi nie przeszkadza, więcej uważam że to dobry pomysł, rozpoznawalny i atrakcyjny, który stał się swego rodzaju rozpoznawalnym symbolem całej linii, jak i marki.

Nie wypada (choć w sumie nie trzeba) nie wspomnieć w jego kontekście o późniejszym Fleur du Male, który jest kompozycją zupełnie inną, penetrującą odmienne obszary olfaktoryczne i w sumie poza marką, zbliżona nazwą i flakonem, nie mającą zbyt wiele wspólnego z błekitkiem. Warto mieć to na uwadze, a o Fleur możecie również poczytać we wcześniejszej recenzji.

Ciekawostką odnoszącą się już bezpośrednio do moich wrażeń po dłuższym kontakcie z Le Male, był fakt, że skóra dość szybko go spacyfikowała. Efektem tego była umiarkowana emisja (o ogonie nie ma mowy) i co najwyżej dobra trwałość. trochę mnie to zaskoczyło, ale tak to już bywa i chyba nie jest to żadna wada.
Flakon z niewielkim ubytkiem trafił do kolejnego zaczarowanego kompozycją Kurdijana, bo co by nie myśleć, to kawał dobrych perfum.
A jednak mnie w końcu znudził.

Kompozycja: 5
Moc: 5
Trwałość: 5
Flakon: 4(+)
SOB: 4(-)

Nuty:
umysł: mięta, artemizja, kardamon, bergamota.
serce: lawenda, kwiat pomarańczy, cynamon, kminek.
baza: drewno sandałowe, wanilia, cedr, tonka, ambra.

spot utrzymany w klimacie w jakim obracała się stylistyka reklamowa zapachu, niezbyt odkrywczy ale nie razi

Reklamy

6 comments

  1. Ja niestety tego zapachu nie trawię organicznie. Starałem się, dawałem mu czas, ale jednak nie. Dla mnie to antyzapach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s