Koloński rzemieślnik

John Varvatos „Artisan” zachwyca swoim zewnętrzem. Flakon jest jednym z ładniejszych jakie widziałem. Prostota kształtu, obleczona w wiklinowy koszyczek sugeruje lekkość ale równocześnie siłę. Pomijając sam wygląd, to doskonale koresponduje to również z jego zawartością.
Wbrew pierwszemu skojarzeniu słowo „Artisan” nie znaczy „artysta” ale „rzemieślnik”. Nieco zaskakujące prawda? A jednak właśnie tak jest i co ciekawe nazwa perfum nie jest przypadkowa. Spróbujcie sobie wyobrazić – jak mógł pachnieć ów rzemieślnik? Mógł, bo dziś już przecież nie ma rzemieślników, są fabryki, automatyczne linie produkcyjne i Chiny. On, niekoniecznie przy pracy, ale kiedy rano wstaje, goli się, a następnie skrapia twarz… Tak, dobrze myślicie – woda kolońska.
W opisie perfum wyczytałem, że stanowią one „próbę współczesnej interpretacji klasycznego, cytrusowego ujęcia” tego popularnego przez dekady płynu. Po krótkim (acz treściwym jak sądzę) obcowaniu z tym zapachem, myślę że jest to opis całkowicie prawdziwy.
Pierwsze wrażenie jakie odebrałem po aplikacji na skórę było mniej więcej takie, jakby ktoś świeże cytrusowe owoce oblał klasyczną wodą kolońską (i nie chodziło wcale o odparowujący alkohol). Tyle tylko, że sam zapach z tego połączenia był – wbrew pozorom – autentycznie ładny. Słodki, owocowy (głównie cytrynowo-pomarańczowy)  z baaardzo delikatnym muśnięciem li tylko – lawendy. Aromat nie ewoluuje mocno, jest zdecydowanie liniowy i bardzo trudno jest wychwycić jego niuanse. Szczerze mówiąc, to zachowuje się bardziej jak woda kolońska niż toaletowa właśnie. I było by wszystko dobrze – interpretacja, woń, flakon, gdyby nie jedno (a raczej dwa) małe „ale”. Taka konstrukcja narzuca bowiem nieodwołalnie, coś co z niej bezpośrednio wypływa (i na to chyba „rady nie ma”), a mianowicie chimeryczność aromatu, czyli bardzo słabą projekcję – jak przystało na ten rodzaj specyfiku. Żeby cokolwiek poczuć trzeba po prostu szurać nosem po skórze! Na odbiór przez otoczenie w ogóle nie ma co liczyć.
Drugą, nie mniej istotną kwestią jest ulotność, czyli niestety zabójcza wprost nietrwałość wody. Po dosłownie 3-4 godzinach zapach jest już tylko wspomnieniem. Uściślając, nawet po całym dniu „coś” poczujecie, ale tylko wbijając sobie nos w ramię, co jest chyba nieco przesadzoną ekwilibrystyką?

Z początku oceniłem te perfumy negatywnie. Projekcja i trwałość je dyskwalifikowały… Jednak to „coś wewnątrz” nie dawało mi spokoju, przecież pachnie naprawdę ładnie… Wszystko wyjaśnił mi opis stworzony przez producenta, a przytoczony wcześniej. Gdyby potraktować „rzemieślnika” w kategoriach edc, czyli wody kolońskiej to byłoby lepiej niż dobrze. Biorąc jednak pod uwagę, że to jednak woda toaletowa… cóż, jest słabo! Interpretacja „kolońskości” idzie po prostu o krok za daleko, dzieje się bowiem nie tylko w sferze merytorycznej – „zawartości” (woń), ale także formy (projekcja i trwałość), co już plusem nie jest, choć zbliża całość do „ideału” (co jak widać nie zawsze oznacza pozytyw). Myślę, że producent stanął przed wyborem, dla którego każde rozwiązanie niosło pewne negatywne konsekwencje. Wybrał rozwiązanie bardziej „artystyczne”, bliższe pewnej wizji prawdy i… zapłacił za to cenę w innym miejscu. Dodatkową wadą jest także wysoka cena perfum, chyba słono płacimy za piękny flakon.
Jednak oceniając sam zapach jest dobrze. Świeżo, współcześnie a jednak z wyraźnym rysem tego co minęło – zdecydowanie udany zabieg twórców. Prób podobnych do tej wąchałem już kilka, ale właśnie ta jest zdecydowanie najbliższa „oryginału”, najbardziej udana.

I jak to wszystko względnie choć, obiektywnie ocenić? Hmm… producent sam zdecydował, że sprzedaje swoją kompozycję w kategorii: „woda toaletowa” – i przez to chyba jednak skazał się na pewien rodzaj rynkowej porażki, bo ludzie nie zagłębiając się w istotę jego zamysłu po prostu uznają, że „Artisan” jest nietrwały, co można przeczytać w wielu miejscach pachnącej sieci. I nie wolno ich za to winić, bo przecież jest, a nie każdy ma obowiązek podążać za myślą kreatora.

I ja także, właśnie tak muszę na to spojrzeć.

Umysł: sycylijska klementynka, meksykańska mandarynka, tangelo, lawenda, majeranek, tymianek
Serce: jaśminu, kwiatu pomarańczy, imbir
Baza: ambra, piżmo

Kompozycja: 4(-)
Moc: 3(-)
Trwałość: 2(+)
Flakon: 5
SOB: 3(+)

Reklamy

2 comments

  1. Wąchałem go ze dwa razy łącznie z pozostałymi Varvatosami. Ten, mimo najładniejszego flakonu, pachniał najgorzej. Kiepścizna, przynajmniej po tych wstępnych testach. SOB 3+ nawet mu pasuje 😉

    1. Wiesz moje pierwsze wrażenie było dokładnie takie samo – kiepścizna. Ale poświęciłem mu trochę czasu i myślę, że nie jest zły, aczkolwiek 3+ to maksimum, które bym dał. A cały klucz do niego to właśnie ta „interpretacja” – jak sobie myślę – „klasycznej wody kolońskiej”. Niedawno wąchałem w perfumerii wersję „Black” i w sumie niewiele nowego wnosi, przynajmniej kompozycyjnie ale może trwałość lepsza?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s