miłość, słońce, kaczki…

Amor – miłość, Sunshine – piękna słoneczna pogoda, Cacharel – kaczka. Czy może wyjść coś sensownego z takiego połączenia? Nie powinno, a o tym czy wyszło, opowie wam niniejsza recenzja.

Nazwę perfum, z którymi miałem (lub nie) przyjemność obcować w ostatnim czasie tworzy przytoczone powyżej zestawienie – Cacharel Amor pour homme Sunshine, czyli odświeżona i letnia wersja podstawowego męskiego zapachu tej francuskiej marki – Amor (Tentation). Wąchałem kilka razy w perfumeriach stacjonarnych pierwotne wersje, ale jakoś nie zaintrygowały mnie na tyle, by po nie sięgnąć przy okazji, czy chociaż wpisać na listę „do powąchania” – ot, poprawne ale tylko tyle, nowoczesne, słodkie kompozycje.
Wersja „Sunshine” wpadła w ręce oczywiście przypadkiem, nosząc numerek 3, bo takąż cyferką opisana była próbka z zestawu.

Począwszy od pierwszego psiknięcia, aż do serca w kompozycji dominuje grejpfrut, który pachnie długo i intensywnie. Nadaje całości nieco wodnego klimatu, choć to raczej nie jest stricte tego rodzaju zapach. Powinno być więc świeżo, ale również nie w pełni tak jest, a to za sprawą specyficznie „gęstego”, słodkiego, nieco nawet ulepkowatego klimatu, który w prostej linii pochodzi od protoplasty i chyba nienajlepiej funkcjonuje w letniej aurze – to zdecydowanie nie jest woda na upał. W kolejnej fazie dziwny miks aż trzech rodzajów róży, a dziwny bo w praktyce sprowadza się to do wrażenia delikatnej kwiatowości, trochę syntetycznej z jakimś słabym muśnięciem muszkatu i kardamonu (odległym i nierozróżnialnym z węchu). Wrażenia z noszenia nie są pozytywne, nie są też szczególnie negatywne, takie tam współczesne pachnidło dla dosyć uniseksowego faceta (albo raczej chłopca), czy też bez dodatkowych określników – kobiety. Wieje nudą.
Nie wiem co się dzieje dalej, bo owo dalej nie występuje, zapach powolutku zanika (w ogóle jakoś specjalnie się nie zmienia), co by zupełnie zemrzeć na skórze, a to za sprawą niestety słabej trwałości w granicach 5 godzin. Próbuje walczyć, niczym drużyna narodowa w meczu o honor – już go nie ma, a jednak daje się jeszcze „zlizać” z ramienia, czy gdzie go kto dosięgnie – ale to agonia, która z pachnieniem ma niewiele wspólnego. Niestety w trakcie owych 5h nie jest także zbyt donośny, przeciwnie ledwie daje o sobie znać, nasuwa się kolejna analogia z naszymi dzielnymi orłami, które także mogą tylko przez pierwszą połowę (anemicznie dosyć), i nasz Amorek tyleż czasu jest słyszalny (słabowicie), później skupia się sam na sobie.

Rozumiem marketing – łatwiej doczepić się do tego co już długo obecne na rynku i wypuścić flankiera, z reguły nie wychodzi to dobrze, ale klient kupi, bo kojarzy. Z punktu widzenia bardziej zainteresowanego tematem jest to zapachowe nieporozumienie, powielanie schematu, massmarket w pejoratywnym znaczeniu tego słowa. Za 2,3 może 5 lat, nie będzie śladu po Sunshine edyszyn, a przecież można było stworzyć nową, rzeczywiście świeżo-letnią kompozycje i mieć nadzieję, że się przyjmie. Tylko po co?

Nie polecam.

Kompozycja: 3(-)
Moc: 2(+)
Trwałość: 2(+)
Flakon: 4
SOB: 2

Nuty:
Umysł: różowy pieprz, mandarynka, mrożona herbata, bazylia, grejpfrut,
Serce: gałka muszkatołowa, owoc róży, róża, drzewo różane, kardamon
Baza: piżmo, wetyweria,

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s