woda z szarej flaneli (nie)wyciśnięta

eau_grey_flannelMarka Geoffrey Beene, to dosyć dziwny twór – firma ta jest częścią koncernu Elizabeth Arden, a męskich perfum wypuściła na rynek dokładnie trzy – każdy w (prawie) równym odstępie 10 lat. Tak się składa, że recenzje mojego autorstwa Grey Flannel (1975) oraz Bowling Green (1986) mieliście już okazję przeczytać, tym razem spotykam się z najnowszym – wykreowanym w 1997r – Eau de Grey Flannel.

Nazwa perfum brzmi znajomo, podobieństwo do starszego o 20 lat pachnidła – przynajmniej literalnie jest widoczne, natomiast mocno dyskusyjną kwestią jest na ile rzeczywiście ono występuje w samej kompozycji. Eau de Grey Flannel i Grey Flannel, to dwie zupełnie różne wizje tego jak postrzegano zapachy świeże w latach 70. i 90. O ile Szara Flanela definiuje pojęcie „świeżości” przez pryzmat kwiatów (niekoniecznie rzeczywiście świeżych), to Eau de Grey Flannel jest kompozycją silnie osadzoną w koncepcji popularnej swego czasu, którą wyrażały takie perfumy jak (o rok młodsze) Chrome od Azzaro czy (kilka lat późniejsze) Echo Davidoffa, czyli nieco syntetycznie, z metalicznym posmakiem, ozonowo-aldehydowo i na swój sposób inaczej. W końcu i ta wizja ustąpiła miejsca dominującej dziś, bardziej klasycznej i zachowawczej opartej na cytrusach, niemniej na ówczas było to ujęcie interesujące.
Pierwsze wrażenie po niuchnięciu, to lekki warg skrzyw i pytanie, cóż to za ulepek? Nuta otwarcia zlewa się na mojej skórze niemiłosiernie. Ani ulubiony cyprys, ani kminek czy anyż ani nawet cytryna nie dają się rozróżnić, a jedynie syropowo słodka mandarynka przytłacza wszystko. Pomyślałem, że dobrze nie będzie i… mocno się zdziwiłem. Kiedy po kilkunastu minutach nastapił radykalny zwrot a z serca wyłoniła się bardzo sympatyczna woń, w której zarówno eukaliptus jak i lawenda fajnie się komponowały, dotarło do mnie, że otwarcie to chyba problem asymilacji cieczy ze skórą, który czasem się zdarza. Środek zapachu rzeczywiście działa odświeżająco i pobudzająco i trwa na ciele w komfortowy sposób. Zejście nie przynosi wielkich odkryć aczkolwiek delikatnie przebłyskuje piżmowo-wetiwerowym finiszem, także charakterystycznym dla zapachów z owej grupy. Całościowo, pomijając kiepsko układające się na mnie otwarcie – kompozycja jest ładna i przyjemna. Nie za słodka, wyważona, nienachalna i przede wszystkim dobrze spełnia swoją rolę w upalny dzień.

Mogę mieć zastrzeżenia do trwałości, choć te 5-6 godzin to pewien standard, ale z drugiej strony nawet po dłuższym czasie do nosa docierał jeszcze aromat pana Geoffreya, subtelny ale jednak. Również projekcja jest na przyzwoitym poziomie, a zwiększenie aplikacji wody przekłada się na podniesienie poziomu jej emisji. Biorąc pod uwagę to i fakt, że perfumy są bardzo tanie – zastrzeżeń brak (co by metodycznie było).
Porównanie do „protoplasty” nasuwa jeden wniosek, mianowicież są to dwie zupełnie różne konstrukcje zapachowe, a nawiązanie do Szarej Flaneli, ma chyba tylko charakter poglądowy – można dzięki temu zobaczyć jak wiele się zmieniło w postrzeganiu konkretnej kategorii pachnideł (świeżaki, choć kiedyś tak się tego nie określało) w ciągu dwudziestu zaledwie lat (zapewne równie interesujące byłoby zestawienie EdGF ze współczesnymi odpowiednikami, może kiedyś się pokuszę?). Oczekujących silniejszych reminiscencji muszę rozczarować – poza nazwą i grupą, nic tych wód nie łączy.

Podsumowując Eau de Grey Flannel, to  solidne perfumy za niewygórowaną cenę. Rewelacji nie należy się spodziewać, ale z pewnością są warte poznania o wiele bardziej niż 90% obecnych na półkach drogerii flakonów. A propos – flakon taki jak kiedyś – klasyczny i całkiem poręczny.

Kompozycja: 4
Moc: 3(+)
Trwałość: 3(+)
Flakon: 4
SOB: 3(+)

Nuty :
umysł: cyprys, mandarynka, anyż, kminek, cedr, cytryna,
serce: eukaliptus, paczula, lawenda, szałwia,
baza: wetiwer, piżmo, drewno sandałowe.

Reklamy

6 comments

  1. no cóż, to co bawiło nosy w latach siedemdziesiątych, niekoniecznie musi odpowiadać preferencjom i stylistyce lat dziewięćdziesiątych… gusta masowe, nieustannie podążają za wciąż zmieniającą się modą więc brak uderzającego podobieństwa stylistycznego pomiędzy tą dwójką jakoś niespecjalnie mnie dziwi… również samo Leu w nazwie sugeruje, że mamy do czynienia z czymś lżejszym, delikatniejszym, czymś co można użyć latem, gdyż standardowej flaneli w tej roli sobie nie wyobrażam…
    pozdrawiam

    1. zgoda, wiesz mój odbiór szarej jest negatywny natomiast eau oceniam generalnie pozytywnie. Na pewno lepiej pachnąć nim niż większością współczesnych ozonowo-owocowych badziewii 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s