Pan Morgan de Toi

morgan-de-toi-homme-after-shave-sprayMorgan, to jedna z tych (zapewne) licznych marek, o których wiem – nic. Natomiast perfumy sygnowane logo firmy, które właśnie wam przedstawiam – Morgan de Toi Homme, zainteresowały mnie kilka lat temu i od tego czasu wisiały na liście „do powąchania” (kiedyś tam, przy okazji). Okoliczność sprzyjająca wąchaniu właśnie się nadarzyła w postaci małej, czarnej, próbeczki, więc czym prędzej przystąpiłem do testowania, szczególnie, że pierwsze wrażenie, po kontakcie nosa z nadgarstkiem sugerowało, że woń nada się na obecne upały.
Pierwsze co sprawdziłem, to informację kto też kryje się za tym nieco anonimowym dziełem nosów (nie)naszych. I co? Pełne zaskoczenie – otóż Annick Menardo i Gerard Anthony. Kto by pomyślał!? Wyraźnie czuć, myśl kogo z tej dwójki wiodła prym, bo woda nie ma nic wspólnego z wcześniejszymi (późniejszymi zresztą też) dokonaniami genialnej pani Annick. Nie czuć tu jej „ręki”, charakterystycznego sznytu – lepkości, gęstej słodyczy… Ale, ale – do rzeczy!

Kompozycja zaś ta, świeżą jest ale nieco odmienną w swej istocie od tego, do czego przyzwyczaiły nas dzisiejsze zapachy, a które określamy dumnym mianem „fresh”. Przede wszystkim nie znajdziecie tu żadnych nut cytrusowych (pomimo obecnej w otwarciu bergamotki i cytryny), nie ma też popularnego skrzydła powietrzno-ozonowego ani tym bardziej akordów wodnych. Wrażenie świeżości buduje połączenie mięty z jaśminem i lawendą (zapewne także wetywerią). Ciekawe, że w istocie to pachnidło silnie klasyczne, kierujące myśli w stronę męskich fougere, za sprawą intensywnie wyeksponowanej lawendy. Z drugiej strony, aromat kojarzy mi się trochę z klimatami Issey Miyaki ph czy nawet Jacomo Deep Blue, choć bez słodyczy tego drugiego. Wąchając go mam przed oczami mokre łodygi roślin, lekko zbutwiałe drewno, wnętrze jakiegoś starego statku z XVII w. I to bardzo dosłownie, bo z jednej strony jest to intrygujące, z drugiej – w dłuższej perspektywie męczące. Nie wiem czy to kwestia mojej skóry, jakiegoś składnika czy może połączenia określonych ingrediencji, ale jest coś w kompozycji Morgan de Toi, od czego mdli. Może nie będziecie mieli takiego wrażenia, ja mam. Warto jeszcze dodać, że to zapach utrzymany w odcieniach raczej jasnych, ale nieprzesadnie rozświetlony.
To co prezentuje nam w swoim pomyśle na męskie pachnidło brand Morgan jest konceptem udanym, choć ani odkrywczy ani szczególnie ładny – doceniam jednak pomysł i wewnętrzną treść, którą w sobie skrywa. Ewolucja woni delikatna, najprzyjemniejszą jej fazą w moim odczuciu jest baza – szkoda, że tak słabo wyczuwalna.
Trwałość w okolicach 6 godzin, przy bliskoskórnej ale zaznaczającej się emisji, ot przeciętnie na tej półce.

Jeśli recenzja was zaintryguje – możecie spróbować (próbki dostępne w jednej z dobrych, internetowych perfumerii), jeśli tego nie zrobi – nie musicie, jest bowiem tylko odrobinę lepiej niż przeciętnie (za sprawą kompozycji), aczkolwiek i tak o klasę wyżej od większości tego co znajdziecie na półkach sieciówek.

Kompozycja: 3(+)
Moc: 3
Trwałość: 3
Flakon: 3(+)
SOB: 3(-)

nuty:
umysł: lawenda, bergamotka, cytryna
serce: geranium, mięta, jaśmin,
baza: drzewo sandałowe, mech dębowy, wetiwer.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s