nabity w butelkę wieczorem

bn

Hugo Boss, to marka, która nie ma w swoim dorobku ani jednego zapachu, który zaliczałby się by do perfumowego kanonu. Ani jednego: rewolucyjnego, wielkiego czy po prostu oferującego coś więcej niż to, czego możemy oczekiwać od perfum określanych jako bardzo dobre. Ba! Nawet te “bardzo dobre” można policzyć na palcach jednej ręki drwala po wypadku z piłą łańcuchową – i nie jest to bynajmniej przenośnia.
W zasadzie to firma, która w sposób mistrzowski opanowała rynkową strategię polegającą na dostarczaniu klientowi dokładnie takiego produktu jakiego on oczekuje lub wydaje mu się, że oczekuje. Większość pachnideł HB, to kompozycje do bólu poprawne, nijakie i bezbarwne, pozbawione jakiegokolwiek charakterystycznego czy wyróżniajacego motywu. Gdyby istniał idealnie egalitarny świat, społeczeństwo pozbawione różnic, to wszyscy pachnieli by tam perfumami tej marki. Nie wydaje mi się, żeby było to pozytywne zjawisko, unifikacja zabija kreatywnośc i powoduje bezruch. Brak rozwoju to z kolei zanik. Ale dla większości zawsze będzie z tego wypływać pewna zaleta polegająca na “wpasowaniu” się (komformizm mówiąc wprost), a przecież nasz rozwój pchają do przodu jednostyki, a nie “masy”. Wybaczcie te parafilozoficzne rozważania – generalnie unikam wszelkich światopoglądowych kwestii na swoim blogu, skupiając się na zapachach, jednak czasem wąchanie pewnych rzeczy nasuwa różne myśli, których nie da się sprowadzić do samego tylko odbioru wonii, zdarza się, że zachacza to o szersze zjawiska.

Boss postanowił nawiązać do swojego największego sukcesu jakim jest “szary” (Boss Bottled) – skądinąd ładne i poprawne pachnidło także perfekcyjnie wpisujące się w strategię marki – zapożyczając nazwę, flakon i wypuszczając “wieczorowego flankera” – Bottled Night.
Kopozycyjnie są to perfumy proste jak drut (prosty), liniowe i jednostajne. Co prawda siląc się na orginalność można by rozbijać je na poszczególne nuty, czy akordy ale w praktyce mamy tu dwie fazy: brzozowo-fiołkową i piżmową. Pierwsza jest dość męcząca, bo aromat brzozy jak się okazuje to wcale nie drzewo, a raczej jakiś rodaj specyficznego soku z niego (liści?) wyciśnięty, który ma dziwacznie wodne konotacje. A że tej mokrej grupy szczerze nie lubi mój nos, wywołuje ona bowiem realne mdłości (w czym zapewne nie jestem odosobniony – pzdr pirath ;), to i odbiór do najprzyjemniejszych nie należy. Trwa ta faza niestety bardzo długo i dopiero w późnej bazie trochę ustępuje piżmowemu finiszowi ale ponownie – nie przepadam za piżmem, a za syntetycznym w szczególności, bo do takich w całości się te perfumy zaliczają – mają wyraźnie “tani” chemiczny charakter, więc i frajdy z owego zakończenia niezbyt wiele. Sama woń jest słodka i w sumie dla większości odbiorców będzie przyjemna, także panie reagują na nią żywiołowo, ale tu akurat o sukces nie trudno – w wiekszości przypadków wystarczy się uciapkać cukrem lub czekoladą i już jest miodzio. Co zaskakujące trzyma się to ustrojstwo na skórze długo, na mnie bite 8-9 godzin przy całkiem dobrej (wyczuwalnej) projekcji. Jak na złość, bo kiedy człowiekowi coś przeszkadza, to czuje to bardzo wyraźnie i dosadnie. Zapewne, mógłbym się do tego aromatu przyzywczaić ale nie jest on w żaden sposób komfortowy, wyszukany czy ciekawy, no to po co się przyzwyczajać?

Boss w swoim Bottled Night postawił na sprawdzowny schemat – słodko, prosto, bezpiecznie czyli bez wyrazu, do tego niezłe parametry, nawiązanie do wcześniejszego produktu, kampania reklamowa oparta na znanej twarzy i sukces murowany. A jednak, nie polecam, bo jakkolwiek jest to przeciętny (+) obecnie poziom w mainstreamie, to nie zmienia to faktu, że obiektywnie jest to także nędza.

Kompozycja: 3(-)
Moc: 4(-)
Trwałość: 4(+)
Flakon: 3(+)
SOB: 2(+)

Nuty:
umysł: liście brzozy, lawenda,
serce: fiołek,
baza: piżmo, nuty drzewne.

Reklamy

2 comments

  1. Wg mnie Boss nie jest taki zły. Owszem, pachnidła wypuszczone, z grubsza, po 2000 roku to lipa ale dla mnie 99% po tym roku to lipa. Dla mnie przynajmniej 3 pachnidła Bossa są godne uwagi: Boss No One, Boss Bottled i Hugo Man (z zakręcanym korkiem na pasku, tzw. zielony). Dodam tylko, że ten ostatni stał się niedawno moim najczęściej używanym zapachem oprócz Cool Water. W zasadzie to mają wiele wspólnego: klasyczny, męski, świeżo-koloński sznyt. Nie jestem bynajmniej zupełnym amatorem w świecie perfum. Przez kilka lat przerobiłem kilkadziesiąt pozycji, licząc próbki, grubo ponad setkę a może i dwie-trzy setki w tym lata 80te (i wcześniejsze – od Aramisa, Bruta, Guerlain Vetivera zaczynając), 90te, obecne (m.in. wychwalane Lalique, Rasasi itd.), na niszy kończąc (Profvumum, Montale, Goutal, Villoresi, Boadicea itd.) i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że perfumy mężczyzny powinny pachnieć jak perfumy mężczyzny, a nie jak kościół, kadzidło, ognisko w lesie, róża, róża w krowim łajnie, świeże mebelki z Ikei czy inna umysłowa masturbacja… I Hugo Man nie ma pod tym względem większej konkurencji. Co do Bottled Night – dla mnie to poziom obecnych dezodorantów. Lecz tutaj zastrzeżenie – wolałbym pachnieć dezodorantem niż różą damasceńską, kadzidłem, oudem czy zbutwiałym drewnem.

    1. Według mnie, ten Boss także nie jest taki zły – jest do bólu przeciętny i nijaki i to go sytuuje w taki, a nie inny sposób. Zgadzam się, że większość tego, co dzieje się w perfumiarstwie od 2000r, to nędza, niemniej zdarzają się rzeczy warte uwagi.
      W kwestii tego jak powinien pachnieć mężczyzna, to cóż… również jestem zdania, że facet to facet zapach powinien go wyrażać właśnie jako takiego. Rzecz w tym, że czasy się zmieniają, to jak definiowano męskość w latach 80. i wcześniej było jednoznaczne, wyraziste i „męskie” ale w tamtych czasach – dziś nawet mężczyźni są inni, czy powinni więc pachnieć tak samo jak wtedy czy wyrażać się podobnie? Wydaje mi się, że to kwestia gustu. Nawet różą można pachnieć męsko, choć faktem jest że z reguły (i to pewnie dotyczy w większości niszy) te różane zapachy są zwyczjnie damskie, określane dla odwrócenia uwagi jako „romantyczne, uduchowione etc”, a zwyczajnie daje babką że aż miło.
      Kwestia kadzidła czy kościoła tudzież innych współczesnych kierunków jest otwarta, w większości te pachnidła to zwyczajne uniseksy, nie każdy chce przez zapach wyrażać swoją męśkość, czasem wystarczy po prostu ładnie pachnieć. Choć ja lubię, jeśli mój zapach wyraża także tę część mojej osoby, to zdaje się, że większość konsumentów perfum – już niekoniecnie (zresztą, większość perfumuje się dla pań, a dla tych często wystarczy się cukrem umazać i jest dobrze).
      Co do zielonego Bossa, to testowałem go dawno i nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia, może kiedys powtórzę test, bo czas wiele zmienia.
      Dzięki za ciekawą opinię 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s