kot kreskowy przez kalkę, czyli spotkanie z niszczycielem wszechświatów – Armani Code Ultimate

Code UltimateGłęboko poruszony uczuciami olfaktorycznej beznadziei i depresji wywołanymi obcowaniem cielesnym z perfumami Code imć miszcza Armaniego, długo nie potrafiłem sie pogodzić z takim stanem rzeczy. Na usta cisnęły się nie cierpiące zwłok pytania: ale o co chozi? czemu tak to to? I naturalnie ponadczasowe – wtf?! To czego doświadczyłem okazało się być przysłowiowym małym pikusiem, gdyż prawdziwa trauma – kaftan niebezpieczeństwa oraz dziwne stany (nie)ważkości po garściach kolorowych pigułek spożywanych w przytulnym pokoiku bez klamek (ale za to fajnie obszytym misiem-pysiem) – dopiero miała nastąpić…

Panie i Panowie lejdis unt dżętelmens przedstawiam wam pachnidło z cyklu “poprawiny” – Armani Code Ultimate. Co by się nie rozpisywać nad czymś, nad czym naprawdę nie warto – od bata powiem, że Ultimate to najpaskudniejsza na świecie, bezczelna zżyna ze starszego o pięć lat – a całkiem przyzwoitego skądinnąd (dla fanów słodkości) – Black Sun Salvadora Dali. Kopia wierna, nieodstająca od pierwowzoru ani na krok (poza efemerycznym otwarciem) i o lata świetlne od owego czarnego słońca – gorsza. Pomimo mnogości ingrediencji przeróżnych mamy tu bowiem do czynienia jedynie z tonami syntetycznej wanilii, wymieszanej z mamałygą na którą składa się “trudno powiedzieć co” (producent twierdzi, że to „nuty”). Sam aromat jest dokładnie taki jak we wspomnianym protoplaście, czyli do bólu słodki i do zeż… wydalenia drugą stroną – sztuczny.

“Na szczęście” doświadczamy tej przyjemności króciutko, gdyż zapach utrzymuje się w porywach 5-6 godzin, co przyznam jest miłą niespodzianką i serdecznie panu Armaniemu za ten ciepły gest dziękuję. Słabo go też czuć, bo jest równie wyrazisty co reprezentatywny poseł partii rządzącej – ma tyle samo wdzięku i tak samo wiele robi. I to również sympatyczne ze strony firmy, że nie zmęczyła tym potworkiem mocniej, a przecież mogła! A jakże! Mimo tych dwóch przyjaznych kroków w stronę klienta i tak jak sie okazało, było to za wiele dla skołatanego nosa i zdeprecjonowanego umysłu, więc trafiłem gdzie trafiłem, a do was piszę kredką, bo nie dają mi tu długopisów – choć pani doktor mówi, że już wkrótce będę mógł wychodzić do ogrodu, to na pewno coś jeszcze skrobnę.
Tam są takie fajne niebieskie orzeszki…

Kompozycja: 2
Moc: 2(+)
Trwałość: 3(-)
Flakon: 4
SOB: 2(-)

Nuty:
umysł: grejpfrut, mandarynka, anyż gwiazdkowaty,
serce: cedr, kwiat drzewa cedrowego, cyprys, heliotrop,
baza: fasolka tonka, wanilia, drzewo gwajakowe.

Spot atrakcyjny jak niedogotowana golonka, wciagający niczym wir w zlewozmywaku i przede wszystkim wtórny, wykraczający swą banalnością poza granice intelektualnego bólu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s