Wielki Experiment część 2 – czas zacząć!

Jak obiecywałem tak staje się. W tle przygrywa mi skocznie Hollenthon, a ja pozytywnie podbudowany jego chrześcijańskim przesłaniem, pełen wewnętrzengo ciepła i zapału zabieram się właśnie (w końcu) do kolejnej odsłony zapoczątkowanego niegdyś eksperymentu. Jak zapewne pamiętacie (hę?) – celem porównania jakości, wrażeń i cen (a także jakimś innym) etc etc przetestowałem dla was kilka zapachów niszowych, uchodzących za „dobre”. Były to marki Amouage (Epic, Lyric, Memoir, Jubilation XXV), Montale (Black Oud, Red Vetyver) i Nasomatto (Black Afgano). O wrażeniach i wnioskach możecie poczytać we wspomnianej pierwszej części „eksperymentu”, a pierwszej bo właśnie powstaje druga, a to co czytacie to zapowiedź, preludium i wstęp.

Tym razem, wiedziony głosem wewnętrznym, łaskotaniem w lewym bucie i poradą piratha (bądź pozdrowien zacny kolego!), postanowiłem zmierzyć się z trzema kolejnymi, dość znanymi w niszy markami, dodatkowo w nieco większej niz ostatnio, ilości próbek. Tzn. nie do końca jest właśnie tak – „znane” (jeśli można użyć tego słowa) są bowiem tylko L’Artisan Parfumeur i Perfum D’Empire, natomiast trzeci zawodnik – Jovoy, to nisza pełna gębą, tłustą piersią i krzywymi kostkami (znana mniej tudzież inaczej) 😉 Krótko mówiąc, co by tego dobrego nie przedłużać, przeczytacie recenzje 10 +1 (niespodziankowej) próbek z tych trzech (w sumie to nawet czterech, jeśli dokładnie policzyć na palcach) „stajni”. Dlaczego akurat te, a nie insze jakieś?
L’Artisan, bo słyszałem wiele pozytywnych opinii na temat finezji zawartej w kompozycjach tej marki, ich piękna i wysokiego poziomu artystycznego (co zresztą sugeruje nawet sama nazwa firmy). To intrygujące, więc warto sprawdzić czy za opiniami innych kryje się jakaś prawda, nie sądzicie? W każdym bądź razie ja zasądzam. Jovoy, to de facto strzał na ślepo – nie znam i nie słyszałem, ale te pachnidła polecił mi wspomniany pirath, mówiąc, że to prawdziwa nisza w najlepszym wydaniu. Czy coś lepiej pasuje do specyfiki mojego „eksperymentu” niż dobra, oryginalna i jakościowa nisza? Parfum D’Empire bo… cóż, obiło mi się o uszy co nieco i o tej marce – różne w sumie zdania, nazwa intryguje… więc czemu by nie? Czy to dostateczne powody? Tak? Nie? Innych nie mam, więc to musi wystarczyć. W kwestii doboru konkretnych pozycji sugerowałem się opisami, odczuciami i krążącymi po sieci pozytywnymi (przeważnie) opowieściami. Nie doszukacie się tu jakiegoś specjalnego klucza, niemniej starałem się by było cokolwiek przekrojowo, więc obok pozycji naznaczonych sporym ciężarem gatunkowym są także lżejsze i bardziej uniwersalne.

Znacie już odpowiedź na nurtujące pytanie – co wybrał i dlaczego to, a nie coś innego. Na drugą część zdania odpowiedzi w sumie nie uzyskaliście ale ja też jej nie znam (bo i pytania owego sobie nie zadałem), więc można przyjąć, że wszystko powinno (?) być w miarę jasne. Jest jeszcze niespodziewany bohater, który pojawił się jako wspomniany „gratis”, dołożony do paczuszki przez perfumerię w której kupowałem. To bardzo ładny gest, dzięki któremu przeczytacie test także tego zapachu.

Zawodnikami zgrupowanymi w zestawieniu będą:
L’Artisan Parfumeur:
Batacuda
Caligna
Coeur de Vitiver Sacre
Dzongkha

Parfum D’Empire:
Aziyade
Cuir Ottoman
Wazamba

Jovoy:
L’Enfant Terrible
Les Jeux sont Faits
Private Label

and last but not least
Clive Christian:
X for Men

Zanim zaczniecie czytać konkretne recenzje dodam, że metodologia jest taka jak zawsze, czyli testy z próbek z atomizerem, dwukrotne każdego zapachu, przy różnym stopniu czystości skóry (tzn. pierwszy test tuż po kąpieli, drugi nie tuż), rozpoczynane rano.

Słowem wstępu do samych recenzji powiem, że bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie przesyłka z perfumerii. Paczka była solidnie opakowana ale co najważniejsze, jej zawartość wyglądała po prostu ślicznie i nie jest to bynajmniej ironia. Każdą próbkę spowito bowiem z osobna we wdzianko przypominające cukierek, a do tego wszystkie razem spoczywały w bardzo estetycznym, „złotym”, zdobionym woreczku materiałowym (ze ściągaczem). Co by nie myśleć o samej niszy, z pewnością robiło to wrażenie obcowania z przedmiotami autentycznie luksusowymi. I było miłym, jakkolwiek kompletnie bez znaczenia dla samego procesu wąchania. Niemniej należy oddać sprawiedliwość perfumerii, której nazwy nie wymienię, a którą bez problemu znajdziecie w sieci, chociażby po nazwach perfum, które zakupiłem – spisała się. Sama wysyłka i wszelkie formalności oczywiście także na duży plus. A teraz zapraszam już do następnego odcinka, którego bohaterem będzie…

arisan

Reklamy

2 comments

  1. Znając Twoją awersję do niszy bardzo jestem ciekawa recenzji:) Szkoda, że nie wybrałeś Clive Christian C for man – to naprawdę klasa zawodnik, V też niezłe – ale X to cienizna, spodziewam się kiepskiej oceny:)

    1. Nie mam żadnej awersji do niszy, po prostu jeśli mam wybór to sięgam po mainstream ale kiedy trafi mi się cos zs niszy tez chętnie przetestuję 🙂
      Clive dostałem jako gratis.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s