eksperyment o ryt wschodni zahaczający w swej smaru naturze, czyli Dzongkha (4)

lartisanDzongkhaDzongkha to zdaje mi się perfumy widmo. Z przeczytanych opinii wyłania się jego zupełnie inny obraz niż ten, który dane mi było ujrzeć. Jakże odmiennie zatańczył dla mnie prawie zapomniany język Bhutanu!
Przede wszystkim, mimo że woda, to poraża swoją suchością, szeleszczącą wręcz w gardle. Wrażenie to wzmacnia dominujący motyw, na który składa się papirus i skóra z silną domieszką pylistej herbaty. Owa suchość jest tak napastliwa, że w połączeniu ze wspomnianym akordem często odnosiłem wrażenie wąchania roztartego na dłoni smaru, towotu którego używa się do nadawania poślizgu łożyskom w maszynach – było to dosadne szczególnie w pierwszej fazie rozwoju zapachu. Jednak wbrew pozorom, nie jest to także odczucie nieprzyjemne – po prostu zupełnie, zupełnie inne od tego, czego spodziewamy się po „perfumach”. Co ciekawe nie wyczuwam ani irysa, ani piwonii, może odrobina chowającego się zaraz za wspomnianym faktorem* – kardamonu, w dość ciemnej, a w zasadzie szarej wersji. Szarość zresztą, to dominująca „barwa” kompozycji, była pierwszym niewerbalnym skojarzeniem, na tyle silnym że ilekroć wącham Dzongkha, zamiast obrazów wyobraźnia kreuje kolor. Ewolucję perfumy odbieram dość linearnie, tzn. następują delikatne przesunięcia punktu ciężkości ale generalnie to co na początku, to na końcu. Może z czasem więcej herbaty, mniej tabotu – bardziej ziołowo i naturalnie, konotacje przemysłowe gubią się po drodze ale do końca podobnie. Z innej jeszcze strony, obcując z L’Artisanem nie mam żadnych skojarzeń ze wschodem, medytacją czy klimatem buddyjskiej świątyni. Przeciwnie, konotacje są bardziej techniczne, z czasem przechodzące w obszary herbalne.
Nie mam pojęcia czy Dzongkha jest w jakikolwiek znany mi sposób „ładna”? To kolejne pachnidło L’Artisan Parfumeur, które wymyka się tego rodzaju elementarnej interpretacji. Z całą pewnością zupełnie inne od tego co wąchaliście, bez wątpienia oryginalne ale czy „ładne”? Naprawdę nie wiem, nie potrafię tego określić na swojej indywidualnej skali estetycznej… Jeśli spojrzeć w tradycyjny sposób – nie jest to zapach cudny sam w sobie, z drugiej strony dla perfumomaniaka piękno nabiera nieco innego, „szerszego” znaczenia. W tych kategoriach jest przyjemne. W tamtych… Cóż, odrobina pomieszania z poplątaniem nikomu nie zaszkodziła (za bardzo), niejednoznaczność bywa zaletą.

Mam zastrzeżenia zarówno do trwałości aromatu – 6, w porywach 7 godzin na skórze to za mało i kropka. W dodatku tylko przez pierwszą godzinę, może dwie – projekcja pachnidła jest na tyle dobra, by można się nim wyraźnie cieszyć, potem tylko leniwie snuje się wokół ciała, czarując nosiciela jakąś niejasną i nigdy niespełnioną obietnicą czegoś więcej.

Dzongkha, to perfumy oryginalne i intrygujące ale raczej nie polecił bym ich nikomu poza znajomymi perfumowymi „frikami” (którzy z reguły już je znają), chyba jeszcze bardziej pokręconymi ode mnie 😉
Z drugiej strony, jeśli nie boicie się eksperymentów, to nie wypada nie spróbować.

Podobne: W zasadzie nic z tego co wąchałem ale gdyby mi przystawili gumową kaczuszkę z napisem „Tusk” do głowy i powiedzieli: „wybieraj!”, to rzekłbym dziarsko: Lalique Equus, tylko na sterydach.

Kompozycja: 4(+)
Moc: 3(-)
Trwałość: 3
Flakon: 5
SOB: 3(-)

Nuty
umysł: piwonia, liczi, kardamon,
serce: herbata, nuty drzewne, wetiwer, kadzidło,
baza: papirus, skóra, irys.

*tak, wiem wiem że to brzydki, niepoprawny, paskudny anglicyzm ale… podoba mi się.

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s