perfumerie stacjonarne, czyli o tym dlaczego na pewno przepłacamy

W swoim, niedawno opublikowanym artykule (do którego przeczytania was zachęcam), kolega pirath (którego bloga z kolei bardzo polecam) przedstawił ciekawą tezę dotyczącą kupowania perfum w perfumeriach internetowych, którą generalnie można sprowadzić do twierdzenia, że dokonywanie tego rodzaju transakcji, to żerowaniu na pracy perfumerii stacjonarnych i zasadniczo pewien rodzaj cwaniactwa. Tekst wzbudził we mnie spore zainteresowanie, które przełożyło się na północne przemyślenia, zakończone wnioskami dokładnie odwrotnymi od tych, które wykonkludował autor pierwotnego tekstu. Ponieważ moje zdanie jest tak mocno odmienne, a i noc przespana nie została, postanowiłem podzielić się z wami swoją wizją tego zagadnienia.

Zacznijmy od przytoczonego przez piratha we wstępie przykładu, który rzeczywiście dotyka sedna problemu, rzecz w tym że pomija pewien bardzo istotny czynnik, przez co kompletnie się z tym zagadnieniem rozmija. Ja także rzadko korzystam z usług restauracji, również cenię czas i tą całą „oprawę”, którą w tego typu lokalu dostaję. Ba! Podobnie jak pirath ja też uważam, że za pracę należy się zapłata i za to co otrzymuję w restauracji (indywidualnie przygotowany posiłek, praca i czas w to włożone, dobra jakość produktu i smak, obsługa kelnerska etc) gotów jestem zapłacić więcej niż we wspomnianym fastfoodzie. Sęk w tym, że kolega pominął bardzo istotną rzecz – w przypadku perfumerii internetowych i stacjonarnych (odmiennie niż w opisanym przykładzie) otrzymujemy fizycznie ten sam produkt, a ową „otoczkę” za którą dopłacamy dodatkowo – serwuje nam perfumeria stacjonarna. Zmiana produktu, jego deprecjacja nie ma po prostu miejsca w przypadku perfum. Wracając do naszej restauracji, to zastanawiam się, czy bylibyśmy chętni płacić za owe ”dodatki”, gdyby w dobrej restauracji zaserwowano nam fast fooda, ale jakże pięknie podanego i z tak elegancką oprawą? W praktyce sytuacja jest odwrotna, bo to co kupujemy w obu perfumeriach jest równie wysokiej jakości, więc przykład ten niezupełnie oddaje clue problemu, w zasadzie poddaje w wątpliwość sam sens tego rodzaju zakupów w „sieciówkach”, czyli przynosi efekt odwrotny od zamierzonego.

Odpowiadają na retoryczne pytanie z kolejnego akapitu artykułu odpowiadam – tak, nawet kupując raz czy dwa razy do roku w perfumerii stacjonarnej – przepłacam. Dlaczego? Bo cena jest wyższa. I nie jest to bynajmniej, jak zdaje się twierdzić pirath wypadowa różnych obiektywnych czynników ale zwyczajnie skrajnie zawyżona wartość. Gdyby perfumy w „stacjonarce” kosztowały – miejmy gest – 50% więcej, to w porządku – korzystając z dodatkowych „usług”, byłbym w stanie ponieść taki koszt (przy założeniu, że mam do czynienia z profesjonalizmem) ale różnica w cenie nierzadko sięga 400% i nie da się tego w żaden racjonalny sposób uzasadnić, nawet dokonując niespotykanej ekwilibrystyki językowej i upraszczając do minimum. To po prostu nie ma żadnego uzasadnienia. Bo jeśli w Internecie mogę kupić Lalique Encre Noire (100 ml) za ok. 100 zł a za ten sam produkt w S. płacę 400 zł, to… cóż wnioski pozostawiam czytającym. Druga istotna sugeracja, którą zdaje się czynić pirath, jest fakt, że z tytułu swojej obsługi klienta w sklepie (który następnie wychodzi i dokonuje zakupu w sieci) – firma ponosi stratę. Jest to bardzo często popełniany błąd logiczny, który funkcjonuje według schematu: „ponoszę stratę potencjalnego zysku, bo przecież jakby nie kupił tam, to kupił by u mnie”. Nie, nie i jeszcze raz nie. To tak po prostu nie działa! Fakt, że zabronimy kupowania używanych aut nie spowoduje, że ludzie masowo zaczną kupować nowe. I nie o produkt tu chodzi akuratnie ale o sposób myślenia, że „tracę bo nie zyskuję” – ktoś mnie „pozbawia potencjalnego zysku”, co jest całkowicie błędnym przekonaniem (i niedorzeczną abstrakcją, bo zysk jest zero-jedynkowy, albo jest albo go nie ma). W praktyce nawiązując do tematu, gdyby ów niesforny „klient” nie pojawił się w nieszczęsnej perfumerii, to i tak niczego by ona nie zyskała/straciła, a jedyna różnica byłaby taka, że panie przez kilka minut dłużej stały by mniej ruchomo i to jest cała realna strata – strata energii konkretnej osoby. Jak to mamy przeliczać – na kalorie? Podam jeszcze jedną ciekawostkę luźno związaną z tym wątkiem. Mówi się dużo o piractwie (komputerowym, fonograficznym, filmowym) i przytacza wyliczenia ile to firmy, branża i całe społeczeństwo na tym miliardów tracą i jak by to było cudownie, gdyby te pieniądze trafiały do pustych kieszeni biednych koncernów. A tymczasem wszystkie badania pokazują, niewygodną zależność, którą owe waleczne firmy (pokroju RIAA i innych organizacji o bandyckich metodach działania) – kto jest największym konsumentem legalnych treści (filmów)? Ano najwięksi piraci! Ci, którzy najwięcej filmów z sieci ściągają, najwięcej także kupują legalnych treści, czyli na nich koncerny zarabiają najwięcej. Jaki z tego płynie wniosek? Ano różne zapewne ale także taki, że wbrew temu co się na pierwszy rzut oka wydaje – nie wszystko jest czarno-białe i czasem prawda jest zupełnie inna.

W określaniu warunków prowadzenia perfumerii internetowej mój interlokutor przejawia ułańską fantazję i zadziwiającą dość nieznajomość tematu. Otóż, jeśli ktoś uważa, że do perfumerii internetowej wystarczy garaż, jedna osoba i pozytywne usposobienie, to gratuluję wyobraźni. Czasy tego rodzaju przedsięwzięć już dawno minęły. Dziś perfumeria internetowa nie różni się aż tak bardzo od tej stacjonarnej, jak się wydaje. Chcąc zaoferować szeroką ofertę i niskie ceny, sklep musi posiadać swój magazyn centralny (nierzadko lokalne, co oczywiście oznacza czynsz), z bardzo dużym asortymentem (co z kolei przekłada się na straty, bo nie wszystko udaje się sprzedać a do producenta odesłać nie można, to nie ten kanał dystrybutorski). To także jedna z przewag tego rodzaju modelu biznesowego – mogę kupić tu rzeczy, których w stacjonarkach na próżno szukać. Do tego sztab ludzi do obsługi zarówno magazynów, logistyki, wysyłki i marketingu. Tylko największe i najbardziej znane perfumerie internetowe oferują bardzo niskie ceny – wystarczy spojrzeć na cenniki e-glamour, iperfumy , dolce czy perfumeria.pl i porównać je z innymi (mniejszych sklepó internetowych) – ichnie produkty są wyraźnie tańsze a zamówione tam towary dostajemy z reguły „od ręki”.  Przy okazji nasuwa mi się tu jeszcze jedna myśl. Oczywiście rozumiem, że perfumerie stacjonarne ponoszą większe koszty związane z personelem, koszty pracy i jest to istotne obciążenie. Serdecznie współczuję firmom, że muszą funkcjonować w takich warunkach. Ale przepraszam bardzo, czy ja mam „dopłacać” firmie X za to, że państwo na każdym kroku próbuje je okraść (ZUS, pit, cit, VAT, srat itd.)? Mam świadomość gdzie żyjemy, że pracodawcy łatwo nie mają ale przecież to nie jest żadne wytłumaczenie?! Mając ubezpieczenie zdrowotne (za które płacimy grubą kasę) i tak często musimy korzystać z prywatnej służby zdrowia, bo terminy do lekarzy są wielomiesięczne – czy ktoś nam do tego dopłaca? Oddając w podatkach pieniądze na „darmową” szkołę dopłacamy na każdym kroku do „klasowych, komitetów” i miliona innych – bardzo ważnych – rzeczy, jakieś współfinansowanie w tej materii? Co miesiąc z naszych pensji znika spora suma na „emeryturę”, która natychmiast znika i pozostaje jako ślad na papierze, a emerytury większość z nas na oczy nie ujrzy (bo nie dożyje, bo ZUS do tego czasu już dawno zbankrutuje) – może jakiś fundusz Sefora&Douglas na ten cel? Czy to wszystko jest powód, żeby dopłacać do nie swojego interesu? Oczywiście, że nie – współczujmy ale liczmy i szanujmy swoje pieniądze! I warto pamiętać, że nawet najmniejsza ilość socjalizmu jest śmiertelną trucizną. Perfumerie internetowe także owe podatki i koszty ponoszą, o czym zapominać nie można. Na rynku decydującym czynnikiem jest cena, przy różnicach rzędu kilkadziesiąt procent można dopłacać za „obsługę, salon i prestiż” ale 200, 300, 400%? To po prostu nie ma żadnego uzasadnienia.

Gdyby przedstawiona przez piratha wizja „buntu stacjonarnych” miała jakąkolwiek wartość, to… ów bunt by nastąpił. Prawda jest taka, że forma biznesu, który przyjęły stacjonarki, pomimo nakładów i kosztów – po prostu im się opłaca, bo w innym wypadku te firmy już dawno by upadły. A skoro się opłaca, czyli przynosi zysk, czyli m.in. pozwala pracować zatrudnionym tam ludziom, to… w czym tkwi problem? Naprawdę perfumeria stacjonarna jest tak istotnym źródłem informacji o perfumach, czyżby? Przyznam, że wącham bardzo wiele ale jeśli miałbym określić w jaki sposób poznaję zapachy, to w 99% są to próbki (z różnych źródeł). Wizyty w stacjonarce, żeby poznać daną kompozycję zdarzają mi się bardzo rzadko i z reguły są przypadkowe (przechodziłem obok to wszedłem). Nie prościej pozwolić zarobić komuś, „dać pracę” zamawiając próbki niż denerwować właściciela perfumerii stacjonarnej tym mitycznym, nieosiągniętym zyskiem – i być klientem zawracającym Niderlandy? 😉

W kontekście społecznym – ludzie pracują w obu „formach sprzedaży”. Nie można wartościować i mówić że ci jedni to pracownicy, którzy mają rodziny – konsumenci napędzający rynek, a w drugim przypadku, to pewnie ktoś sobie w garażu dłubie. I tu i tu jest wysiłek ludzi – płacą podatki, zarabiają i wydają, co jest dobre dla wszystkich. Likwidacja jednej firmy powoduje powstanie innej – wolny rynek, to system naczyń połączonych i jeśli na coś jest zapotrzebowanie, to jest także podaż. Lepsze/gorsze? Tak było. W poprzednim systemie.

Mam spore wątpliwości co do jakości i profesjonalizmu, który reprezentuje – wykwalifikowana przecież i wyszkolona – obsługa perfumerii stacjonarnych. Rzecz w tym, że ich szkolenia nastawione są na uzyskanie jak największej sprzedaży a nie merytoryczną znajomość tematu. Nie chodzi o to, żeby wiedzieć co się sprzedaje, ale wiedzieć co sprzedać (stąd większość konsultantów na prośbę o radę zaprowadzi was do półek z Bossami, Lacostami i innymi najnowszymi wypustami mainstreamu o najpodlejszej jakości, na którym zarabia się najwięcej). Proponuję prosty test – odwiedziny czterech perfumerii stacjonarnych i niezbyt skomplikowane pytanie wymagające odrobinę wysiłku  i wiedzy (ale niekoniecznie wielkiej) – jak myślicie w ilu przypadkach, ktoś merytorycznie wam odpowie, pokieruje? To pytanie retoryczne, zapewniam. Oczywiście nie twierdzę, że nie ma obytych konsultantów/konsultantek ale jakie jest prawdopodobieństwo, że na taką osobę traficie?  Niewielkie, a przy ponoszonych nakładach, to profesjonalizm powinien być standardem. W dodatku, skąd w tych przybytkach uczciwej pracy i wykwalifikowanej obsługi tak duża rotacja? Czyżby… nie było im (pracownikom) tam tak dobrze jak być powinno… Oj, oj ale nie bądźmy złośliwi 🙂

Czy wąchanie w stacjonarce a kupowanie w Internecie jest nieetyczne? Nie, nie jest.
W gruncie rzeczy nie ma z etyką nawet nic wspólnego. Kupowanie nie może być etyczne lub nie, bo to nie jest czynność którą można oceniać w kategoriach dobra i zła – o tym decydują najczęściej (choć nie jedynie) konsekwencje. Gdyby przyjąć taką drogę rozumowania, trzeba by po prostu uznać, że sprzedaż w sieci jest czymś złym, stąd takie działanie – logicznie  – również, a oczywiście tak nie jest. Kupując nie robimy niczego złego, tak samo jak nie jest niczym złym wąchanie testerów, które stoją w sklepie stacjonarnym. Czy nie robiąc tego ów sklep coś zyskuje? Nie. Robiąc to traci? Także nie. Analogicznie złe musiałoby być słuchanie muzyki w sklepie a później kupowanie płyty np. w Internecie. Tego się po prostu nie da w tych kategoriach przedstawić. Choć oczywiście można próbować (inaczej naturalnie ma się sprawa z kupowaniem czegoś, co np. pochodzi z kradzieży ale to osobna kwestia i tu nie zachodzi).

Krótko mówiąc (zdaje się, że krótko to i tak nie jest) nie ma absolutnie nic złego w kupowaniu perfum w Internecie. Przeciwnie, w ten sposób napędzacie rynek, dajecie pracę ludziom i sprawiacie sobie i znajomym frajdę fajnie pachnąc. No i „oszczędzacie” pieniądze, któe można wydać na kolejne flakony i dać udziom pracę i napędzić gospodarkę… 😉

Reklamy

10 comments

  1. Świetny artykuł. Czytam blog piratha, recenzje są przednie (choć niekiedy zbyt podkoloryzowane), niemniej w wielu kwestiach z pirathem się nie zgadzam, mam wrażenie, że mimo, iż nie posiada racji to i tak jego zarozumiałość nie pozwoli mu się do tego przyznać (wystarczy przeczytać jego odpoiedź w tym temacie).

    1. Dziękuję za miłe słowa. Co do piratha, to bardzo lubię go jako człowieka i cenię jako bloggera. Każdy niezależny blogger będzie bronił swojego zdania i recenzji, stąd można się z tym zgadzać lub nie, niemniej takie święte prawo osoby niezależnej, która w swoją pracę (bo przecież to jest de facto praca) wkłada serce w to co robi. A czytelnik zawsze może wybrać inne miejsce, w którym poczuje się lepiej 🙂

  2. hehe,ostro,ostro.to lubie;-)
    A tak poważnie to obaj macie sporo sensownych argumentów
    ale widze,że koniec konców i tak sie nie dogadacie,bo kwestia
    jest szalenie złożona a prawda leży po środku a środek,cholera wie gdzie się znajduje…(?);-)
    Dobrze sie stało,dzieje,że e-perfumerie wprowadzają coraz więcej pozycji niszowych,luksusowych.Dzięki temu produkty te trafią(ucieszą)większe grono miłośników.Bo przecież burżujowi
    i tak wszystko jedno,a tym bardziej Missalom,bo to oni zostawiają tam największą kase.
    Pozdro

    1. Myslę, że kulturalnie przedstawilismy argumenty i każdy może sam po przemyśleniu racji obu stron wyrobić sobie własne zdanie. Chyba o to chodzi, żeby poszerzać horyzonty a nie spierać się w nieskończonośc i tak do niczego w końcu nie dochodząc 🙂

      1. Zawsze jeszcze zostaje ostateczny argument,ja nazywam go nieco po swojemu”sytuacjonistycznym”;-)
        Mianowicie,perfumerie typu Sephora,Douglas to wielkie
        koncerny wyzyskujące pracowników dlaczego mielibysmy
        ich oszczędzać.Eat The Rich!;-)
        Pozdro

        1. Z tym, że w pewnym sensie jest to usprawiedliwianie się i dorabianie teorii do naszego – w domyśle (i błędnie) – nieuczciwego zachowania. A ja starałem się pokazać, w kupowaniu perfum w sieci nie ma nic niezdrowego, przeciwnie.

  3. Pirathku, cieszę się że mogliśmy przedstawić dwa różne punkty widzenia na ten temat. Myślę, że dla czytelników jest to ciekawe i wartościowe a i tak zdanie wyrobią sobie sami. Nie będę ciągnął polemiki, bo zamieniło by się to najprawdopodobniej w internetowego tasiemca (znając naszą intelektualną chęć do argumenotwania) ale myślę, że jak się kiedyś spotkamy porozmawiamy o tym. Zdaje mi się, że w wielu miejscach byśmy się zgodzili, bo w tekście trudno w pełni wyrazić swoje zdanie, nie tworząc wrażenia zagmatwania i nie pisząc wielostronnicowej epopei choć pozostaję przy swojej opinii 🙂 (oczywiście nie akceptuję zachowań „burackich”, o których wspomniałeś w komentarzu, choć pewne rzeczy nieco inaczej identyfikuję).
    Pozdrawiam Cię.

  4. p.s. i tu mała uwaga, którą przeoczyłem o sieci należącej do Biedronki… mają bardzo atrakcyjne ceny, ale wiesz dlaczego? bo mogą sobie pozwolić na dokładanie przez jakiś czas do interesu, sprzedając po kosztach (na zachętę), by zdobyć udziały na rynku, a zapewne za jakiś czas te ceny stopniowo wzrosną… tylko tyle chciałem wtrącić

  5. Fajnie, że postanowiłeś się ustosunkować do mojej tezy, choć szczerze powiedziawszy nie kupuję Twoich argumentów Belorku… 😉 ale z przyjemnością zamieszczam mój komentarz *u siebie również, wraz z linkiem do opisu Twojego punktu widzenia…

    pierwsze primo, w oparciu o co podejmuje się decyzję o zakupie:
    jeśli przeczytałeś i podjąłeś ryzyko kupując produkt w ciemno w perfumerii internetowej, lub w oparciu o kupione w internecie próbki, których nabycie poprzedziło zakup flakonu w perfumerii internetowej (bo taniej), to nie ma tematu…

    ale jeśli poszedłeś do perfumerii stacjonarnej i decyzję o zakupie tańszego flakonu z oferty sklepu internetowego podjąłeś w oparciu o zasoby testerów i próbek z perfumerii stacjonarnej, to jest to w moim odczuciu nadużycie, cwaniactwo, że daruję sobie bardziej dosadne epitety, co o czymś takim myślę…

    pozwolę to sobie skwitować następującym pytaniem: ile osób postępuje wedle pierwszego, a ile wedle drugiego z modeli zachowań?…

    bo w necie za 100 a w stacjonarce po 400… owszem z liczbami się nie dyskutuje, ale chciałbym zauważyć, że podajesz bardzo skrajne (niewątpliwie działające na wyobraźnię) wartości, które w żadnym wypadku nie stanowią rynkowej normy… podałeś bardzo malowniczy przykład ewidentnego zdzierstwa, które sam potępiam, bo sam go doświadczyłem w jednej ze znanych sieciówek… gwoli ścisłości powiem, że mój drugi flakon tych samych perfum (EN) kupiłem właśnie w internecie, ale pierwszy w sieciówce, gdzie te perfumy poznałem… pewnie znasz pewną dość kontrowersyjną sieciówkę o zacięciu farmaceutycznym, gdzie cena perfum nieznacznie tylko odbiega od średnich cen w internecie, gdzie też nie zawsze i nie wszystko jest tak tanie… Biedronka, też otworzyła sieć swoich drogerii, o bardzo konkurencyjnych cenach, gdzie wprawdzie wybór nie powala, ale można kupić markowe perfumy w cenach jak z internetu… spróbuj wyszarpać w perfumeriach internetowych perfumy Diora i Chanel w tak rażąco niskich cenach (w praktyce różnica między perfumerią sieciową i internetową to 10-15%, a gdy doliczysz koszta transportu, to wychodzi jeszcze mniej)…

    Adidasa Active Bodies kupuję w zaprzyjaźnionej perfumerii stacjonarnej w regularnej cenie około 100 zł za 100 ml i bynajmniej nie tester – gdy w internecie ceny są raptem o parę złotych niższe (a dolicz jeszcze transport), a więc da się?, da… w innej perfumerii stacjonarnej kupiłem flachę Zirh Ikona (na zapas, razem mam już 3)k, w cenie 80 zł za 100 ml, gdy w znanej perfumerii internetowej oferowano mi te same perfumy za uwaga 160 zł!!!… a więc mimo wszystko nie zawsze mają taniej i trzeba orientować się w średnich cenach rynkowych, poszukiwanych perfum…

    następnie piszesz o rachunku zysków i strat, choć polemizowałbym z tym „błędem logicznym”, zapewne wynikłym z błędnej interpretacji tego co napisałem… ja absolutnie nie każę komuś z zasady kupować w perfumerii stacjonarnej, bo prawo wyboru miejsca zakupu, to podstawowe prawo każdego konsumenta – a więc kupuj gdzie chcesz, ale bądź w tym konsekwentny… nie chcesz dać zarobić stacjonarce? proszę bardzo, ale również nie chodź tam wąchać testery i po próbki… pokaż że masz jaja, kupuj wszystko (łącznie z próbkami) w sklepie internetowym – i niekoniecznie w tym, w którym później kupisz (taniej o 300%) flakon perfum i wówczas będzie sprawiedliwie… ale umówmy się, większość ludzi się nie chce tracić czasu i ponosić kosztów zakupu próbek, których zwykle perfumerie internetowe nie mają, bo nie muszą – skoro wiedzą, że klienci i tak przed zakupem powąchają w dowolnej perfumerii stacjonarnej… sorry, ale dla mnie to żerowanie, że nie ujmę tego dosadniej…

    wiesz Belorku, co mi to przypomina?… kogoś kto wchodzi do restauracji, idzie się tam za przeproszeniem odlać, umyć ręce w ich łazience, usiądzie wygodnie przy stoliku, skubnie stojące na stoliku pieczywo, skorzysta z popielniczki, WiFi, posiedzi, podłubie w zębach stojącą na stoliku wykałaczką, a na odchodne skitra cukier w saszetkach, pozawraca trochę czasu kelnerowi wypytując jak smakują ziemniaczki po zbójnicku – a następnie wyjdzie i pójdzie to zamówić w pobliskiej budzie i zje na stojaka z plastikowego talerzyka… toaleta? zapomnij! w domu się wysikaj!…

    zresztą oddać moczu i umyć rąk już nie musi, bo zrobił to w lokalu wcześniej, oczywiście za darmo… no więc jeśli uważasz takie zachowanie za fair, to dalej rekomenduj swoim czytelnikom, by zachowywali się podobnie, czyli korzystali z dobrodziejstw perfumerii stacjonarnych, a oszczędzali w internecie… 😉 a więc jak widać po powyższym przykładzie, może i stacjonarka nie zarobiła, ale zarobił ktoś inny jej kosztem, więc za przeproszeniem nie wciskaj mi głupot, o zysku zero jedynkowym, bo jeśli ktoś przychodzi wpierw rozeznać się w temacie w oparciu o czyjąś logistykę (testery, blotery i próbki) i przerwał konsultantce rytuał dłubania w nosie, po to by musiała do Ciebie podejść, powitać Cię i poświęcić Ci raptem kilka minut niewiele interesującej Cię gadki – to do funta kłaków, musiała podjąć pracę, czyli naraziłeś kogoś na stratę… wprawdzie niewielką, ale przemnóż to przez ilość osób robiących podobnie i te minimalne straty, zamieniają się już w całkiem poważne kwoty…

    wobec powyższego, nie generalizowałbym, że perfumerie stacjonarne to sami zdziercy, bo pomijając barwny, acz skrajny przykład zdzierstwa, który przytoczyłeś jako argument – w większości perfumerii stacjonarnych , a zwłaszcza niezrzeszonych ceny wcale nie są tak drakońskie… owszem są droższe, czasem dużo ale zwykle (mała perfumeria kupuje 5 flakonów miesięcznie, bo tyle jej schodzi a internetowa 100 i zapewniam, Cię że dużo taniej, bo więcej) i tak niższe od cen w internecie, które również uważam za skrajność… owszem perfumerie
    internetowe mają spory wpływ na kształtowanie cen w perfumeriach stacjonarnych, pobudzają
    konkurencyjność, która przynosi wymierne korzyści w postaci zaoszczędzonych przez klientów pieniądzach – ale na dłuższą metę, przy tak wysokich kosztach utrzymania, jakie musi ponosić handel tradycyjny, jest to niewykonalne, no chyba, że chce się pójść z torbami…

    naprawdę piszesz poważnie, że nie mam pojęcia o przepaści kosztów dzielącej e-handel od sklepu internetowego? (z zasady nie wypowiadam się na tematy, o których nie mam pojęcia)… ok, podnieśmy poprzeczkę, czyli wynajmijmy całkiem spory obiekt magazynowy za, powiedzmy 15 tysięcy miesięcznie (wielka perfumeria stacjonarna, ulokowana w centrum miasta, lub galerii to czynsz podchodzący pod 100 tysięcy miesięcznie i lepiej – nie pytaj skąd wiem, po prostu wiem, ale dobra i łatwo dostępna dla klienta lokalizacja kosztuje krocie) i zwiększmy liczbę zatrudnionych do nawet 20 osób w przypadku największych internetowych molochów sprzedających perfumy, lub jakiekolwiek inne dobra (w dużej perfumerii stacjonarnej ilość pracowników na oddział, włączając w to logistykę, kadry, księgowość, zarząd i ochronę wygląda podobnie, choć w sklepie mam 3-4 konsultantki na zmianę)… koszt magazynu towaru powiedzmy ustalmy na tym samym poziomie (milion złotych w towarze, przy czym perfumeria internetowa trzyma tylko to co chce sprzedawać i najlepiej rotuje – a stacjonarna musi trzymać pełną ofertę produktowa każdej marki (konstrukcja umowy handlowej z dystrybutorem tego wymaga), czy tego chce lub nie (mowa o przeciętnej sieciówce)… perfumeria internetowa musi produkt spakować i wysłać, choć za usługę transportu i tak płaci odbiorca końcowy, ale perfumerię stacjonarną jeszcze trzeba umeblować, odpowiednio oświetlić, wyeksponować towar, posprzątać, zainwestować w monitoring, testery i blotery (perfumeria internetowa tych kosztów nie ma, nawet nie musi szkolić personelu, bo tylko pakuje)… pomijając wydatki na marketing i reklamę, które ciężko oszacować po obu stronach… ale jakby nie liczyć, prowadzenie e-handlu wychodzi wielokrotnie taniej, bo odpadają koszty związane z wszystkim co widać… pewnych rzeczy nie mogę publicznie napisać wprost, ale jeśli chcesz to się zdzwonimy i podam Ci bardziej konkretne liczby i nazwy…

    Kiepski profesjonalizm i poziom merytoryczny pań w sieciówkach? zgadzam, się większość nadaje się tylko do uśmiechania się i wciskania najchodliwszych gniotów – ale nie znów nie uproszczajmy, bo na sieciówkach perfumerie stacjonarne się nie kończą… znam dziewczyny z perfumerii stacjonarnych, które wiedzą i obyciem z tematem (plus kosmetyki, o których z kolei my nie mamy oboje pojęcia) mogą zagiąć nie jednego pasjonaty… pracują w branży od lat i tak samo jak my, kochają to co robią…

    Wiem, że z punktu widzenia konsumenta, trudno wejsć w skórę osoby prowadzącej biznes, ale pozwól, że posłużę się analogią bliską sercu każdego z nas… dostajesz za swoją pracę pensję? oczywiście, każdy dostaje, i chce zarobić jak najwięcej, bo przecież trzeba płacić czynsz, media, kupić żywność, zresztą na inne wydatki i przyjemności po wniesieniu opłat zostaje niewiele… to co powiesz, by uciąć Ci pensję o połowę, bo w Indiach, Chinach i Urugwaju, specjaliści z Twojej branży pracują za mniej niż połowę Twojej pensji?… niesprawiedliwe? ależ skąd, bo skoro można mieć pracownika za połowę Twojej pensji (i
    niewspółmiernie wyższych kosztów życia w Polce w ogóle nie biorę pod uwagę), to Ty też możesz, nie?… w Końcu Ty i Chińczyk wykonujecie tą samą pracę (czyli mamy precedens), więc po co mam przepłacać zatrudniając kogoś za dwa razy więcej?, przecież to logiczne i nie ma nic wspólnego z nieuczciwością, prawda?… mam nadzieję, że zrozumiałeś co mam na myśli… niestety punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a ekonomia ma różne oblicza, tyle że większość nabywców w Polsce skupia się wyłącznie na cenie i to też mnie niepokoi, choć z innych względów… a więc kupuj w internecie, ale od A do Z, a nie posiłkując się zasobami sklepu (tylko do tego aspektu piję), którego oferta jest dla Ciebie nieatrakcyjna, bądź konsekwentny… 🙂

    p.s. oczywiście że handel tradycyjny wciąż się opłaca (bo ludziom nie chce się szukać, lubią pomacać, przymierzyć), ale mniej, bo rokrocznie kurczy się o kilka procent na rzecz e-handlu i jest to trend globalny… przykład z buntem perfumerii stacjonarnych był „hipotetyczny” (co wydaje mi się dostatecznie wyraźnie zaznaczyłem), ale jeśli rynek wciąż będzie niszczony przez firmy, które mogą sobie pozwolić na oferowanie czegoś po kosztach, to w przyszłości nawet bułki będziesz kupować online… 🙂

    p.s.2 i jeszcze małą konkluzja na koniec, wprost z mego zawodowego podwórka (nie związanego z branżą)… przychodzi mi klient i rwie włosy z głowi garściami, bo kupił tanio w necie kompresor… droga maszyna za ponad 10 tysięcy, ale się zepsuła… oczywiście sklep internetowy już nie istnieje, marka w Polsce nieznana, brak części i serwisów – ale połasił się na niską cenę… przychodzi kolejny, właśnie wykańcza inwestycję budowlaną za ponad 2 miliony, zamówił dachówkę za prawie pół miliona, ale dekarzy wziął sobie z łapanki, jakąś firmę kogucik reklamującą się na forach w internecie… owszem zrobili za 1/3 ceny i bez fakturki nawet… spoko, a teraz trzeba ten wart pół miliona dach rozebrać i postawić od nowa całą więźbę – bo spartolili sprawę i rzecz jasna szukaj wiatru w polu, bo karty sim już od dawna nieaktywne… i
    chyba koronne, koleżanka kupiła ostatnio perfumy pewnej znanej marki… dzwoni do mnie i się żali, że nie trzymają tak jak te, które kupiła rok temu w stacjonarce, ale się skończyły… wysyła mi fotki, opakowanie i flakon wyglądają identycznie, ale dla pewności sprawdzam kod EAN i bingo… kupiła wersję amerykańską, którą nieuczciwy sklep ściągnął sobie ze stanów i sprzedawał taniutko w Polsce, nie zadając sobie trudu by zaznaczyć, że produkt odbiega koncentracją i zapachem od wersji znanej europejkom… ale grunt, że było tanio… 🙂

    pozdrawiam i miłego wieczoru Ci życzę… 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s