Dziadków trzech i ich pies!

Panocki i Panice, dziś przedstawiam wam trzech zawodników wagi ciężkiej, daty niedzisiejszej, aromatu dnia uprzedniego, którzy to dżentelmeni przyprawili mnie o ból zębów, zawrót głowy i chrobotanie pośladków.
Choć z czasem moja namiętność, do klimatów retro nieco zmalała, umożliwiając spokojne przewąchanie mocarzy ósmej dekady (a nawet docenienie niektórych), to i tak kiedy sięgam po niektórych reprezentantów tamtego czasu nie mogę się pozbyć wrażenia, że to jednak inna epoka zapachowa.
Ale do rzeczy, do rzeczy bo mi staruszkowie stygną… a więc zaprezentują się Jacomo de Jacomo, Oscar de la Renta oraz Gianfranco Ferre i sądząc po nazwiskach chłopaki posiadają południowy temperament (w zabijaniu zapachem – na pewno).
Żeby nie przynudzać, nie przeciągać i nie wiadomo co, wszystkich trzech pokazuję od razu jak stoją i do jednej recenzji pakuję.

jacomoJacomo de Jacomo – klasyczna męska kompozycja z 1980r, skomponowana według obowiązujących w tym czasie standardów, czyli na bogato (ogromna ilość składników), głośno (zabija muchy w promieniu kilku metrów) i bardzo, bardzo męsko (zarost, pejcze, kąpiel na święta). Pomijając aspekty czysto techniczne, to wbrew pozorom Jacomo układa się jednoznacznie linearnie i niezbyt zaskakująco. Od początku dominują suche zioła z jaskrawym rozmarynem (którego nie lubię i dokładnie taki dostaję) i nachalnym, dentystycznym goździkiem. Ta para robi robotę, bo mimo przełamania innymi składnikami, to właśnie te dwa ziółka kreują lajtmotiv – ciemny, zasadniczo suchy i niezbyt przyjemny dodajmy. W kwestii odczuć wrażeniowych, to zamykając oczy widzę mocno przesiąkniętego aromatem petów typa, w czarnej lekko wilgotnej skórze, który właśnie wyszedł z knajpy i podąża w stronę saloon’u… fryzjerskiego. Czemu akurat tam? Ano baza raczy nas idealną, archetypową wręcz wonią zakładu fryzjerskiego – zapachu wody kolońskiej (oczywiście na spirytusie) i golonego zarostu, które dominowały w latach 80. uprzedniego wieku w naszym kraju. Sentymentalnie? Na pewno. Ładnie? Niekoniecznie. Flakon standardowy dla Jacomo, w kształcie wielkiej zapalnicy – prosty ale ja je lubię, bo sprawdzają się w praktyce, choć może półki nie zdobią za nadto.

oscarOscar de la Renta (pour Lui) ten Hiszpan, to z kolei czyścioch na maksa. W przeciwieństwie do kolegi, myje się często i gęsto, można rzec że z wanny nie wychodzi, tudzież zajada się mydłem. Niczym bowiem innym Oscar pachnieć nie chce jak tylko aromatycznym, dusznym mydłem, które kupowało się w kostkach (często bez opakowania) w latach 80., a którego cechą charakterystyczną były mdłe, mocne aromaty unoszące się w trakcie używania, które skutecznie mogły przyprawić o ból głowy (zresztą nawet jego opakowanie je przypomina). Jak słusznie można zauważyć Renta blisko, bo Lui takim właśnie środkiem higieny (nie)intymnej zapodaje – od początku do końca. Sam zapach? Hmm… „różany”, ale to róża okropnie syntetyczna jest, sztuczna i natrętna, w dodatku rozmemłana niemiłosiernie innymi, trudnymi do zidentyfikowania ingrediencjami. Za to, kiedy już opadną opary sauny, z bazy wyłania się bardzo ładny, delikatny i przynoszący sporą ulgę aromat… „niemampojęciaczego”. Szkoda tylko, że trzeba na niego czekać wiele godzin, bo Oscar ma gigantyczną moc i trwałość – od rana jednego dnia do rana następnego, więc zanim człowiek doczeka się na finisz, to po tych 8 godzinach zdąży polec na placu boju.

ferrePan Gianfranco Ferre, także imputuje, że temperamentnym i południowym jest. Być może, być może – nie wiem, bo w tej kategorii wiekowej (szalonych siedemdziesięciolatków) słabo się rozeznuję, niemniej to najbardziej klasyczne pachnidło z całej trójki. Najmniej charakterne zarazem, bo o ile Jacomo daje chłopem, Oscar udaje czyściocha, to Gianfranco jest jaki jest, czyli nudny. Zioła, przyprawy i sporo spirytusu, przy tym wymyślna buteleczka. W przeciwieństwie do poprzedników, jest także Franek nieco słodszy, oczywiście przy założeniu że słodycz rozumieć jako lekko aromatyczny brak wytrawności. Nie wiem, co jest w nim najbardziej wyraziste, przypomina mi nieco zapach wypolerowanej łazienki (choć oczywiście nie zapominajcie w jakiej perspektywie czasowej się poruszamy – to jest łazienka a la PRL), niby miło ale cieszymy się kiedy wychodzimy. Nie czuje tytoniu ani w ogóle niczego czego mógłby się mój nos uchwycić, no pachnie i tyle. Nie grzeszy też ani mocą ani trwałością (w porównaniu do poprzedników), choć niczego – wedle dzisiejszych kanonów – mu w tym zakresie zarzucić nie można. Zrobił na mnie mizerne wrażenie i dość mocno wymęczył.

Trzech panów o różnym usposobieniu i jednej wspólnej cesze – jestem retro – to czuć! Nie polecę nikomu, poza koneserami przeszłości w zaawansowanej dojrzałości. W mojej skromnej opinii, nie mogą się równać z tuzami tamtych lat jak np. Antaeus, których klasę nawet taki retro-lajkonik jak ja docenić potrafi. Ot, przeciętnie jest i tyle.
A gdzie pies? No właśnie gdzie? Ach, ta skleroza… 😉

Podobne: ogólnie pojęte lata osiemdziesiąte

Nuty:
Generalnie w składzie jest połowa apteki, więc sobie daruję przepisywanie i powiem tylko, że dla mojego nosa, to:
Jacomo = rozmaryn + goździk + (ew.) skóra,
Oscar = goździk + geranium + cyklamen,
Franco = cytrusy + lawenda + coś tam jeszcze.

J a c o m o:
Kompozycja: 3

Moc: 4(+)
Trwałość: 5(-)
Flakon: 3(+)
SOB: 2(+)

O s c a r
Kompozycja: 3
Moc: 5
Trwałość: 6
Flakon: 4
SOB: 2(+)

G i a n f r a n c o
Kompozycja: 2(+)
Moc: 4(-)
Trwałość: 3(+)
Flakon: 3(-)
SOB: 2(-)

Reklamy

9 comments

  1. Ojj… a ja jako miłośnik zapachów retro bronił bedę Gianfranco Ferre. Nie zgodzę się z opinią, że jest nudny i małowyrazisty. Dla mnie osobiscie to najbardziej swidrujacy i trzepiacy po łbie zapach jaki wąchałem. Można mu odmówić subtelności, finezji, uroku ale nie charakteru. Wpisuje się w swoje czasy może nie jako dzieło sztuki ale kawał dobrego rzemiosła napewno. Może próbkę miałeś waćpan zwietrzałą? Enyłej…nie mam zamiaru negować Twojej subiektywnej opini, a jedynie wstawić się za zapachem, który bardzo lubię.
    PS. gratuluję bloga. Podobają mi się podpunkty 1. podsumowanie, 2. Podobne do, i 3. ocena. Pozwalaja na szybką weryfikację treści. Właśnie tego brak mi na podobnych blogach.
    Pozdrawiam P.

    1. Szczerze mówiąc charakter w perfumach doceniam zawsze, więc być mogło tak, że próbka zwietrzałą była. W sumie to dość prawdopodobne, bo zdobycie zdrowej próbki jest obarczone ryzykiem, że albo będzie to jakaś współczesna popłuczynka po 20 reformulacjach, nie będąca nawet cieniem tego, do czego nawiązuje albo też, że próbencja będzie zleżałą, zmacerowana i w ogóle bez pary. Więc tak – mogło tak być, niestety nie pamiętam już źródła tamtej próbeczki 🙂

  2. Uprzejmie witam blogowicza. 🙂 Przede wszystkim chciałabym pogratulować tak świetnie prowadzonego bloga. Wpisy czyta się naprawdę przyjemnie. Są bardzo ciekawe! Bardzo podoba mi się również wygląd strony, jest jednocześnie ładny i czytelny. Serdecznie pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów w blogowaniu!

    1. Oj przepraszam, miałem trochę zawirowań życiowych (zmiana pracy) i stąd wyszło jak wyszło. Ale obiecuję solennie poprawę, w tym tygodniu recenzja ogródków 🙂

  3. Oj zgadzam się z gryx, mnie te nuty zapachowe również nie przypadłu do gustu. Mam wrażenie, że Jacomo de Jacomo gdzieś kiedyś już widziałam, a raczej wąchałam. No i tak jak nuty tutaj przywodza na myśl – nie było to najlepsze wrażenie zapachowe, spotykałam się już w moim życiu z o wiele lepszymi zapachami. W ogóle męskie zazwyczaj są ładniejsze niż kobiece.

  4. Nie znam i nigdy chęci poznania nie przejawiałem – sam spis nut zapachowych to dla mnie najlepsza antyreklama 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s