krótka historia pewnego stawu, dna i wodorostów

jrDziś będzie krótko, bo doprawdy – pisać nie ma o czym. Wszystko w tych perfumach jest niewłaściwe – od tandetnego flakonu poczynając, przez nijaką reklamę na miernym zapachu kończąc. John Richmond for men, to „doskonały” przykład na upadek współczesnego przemysłu perfumeryjnego – jego wtórność, banalność i nijakość w każdym możliwym aspekcie.

Kompozycja prosta jak wychowawczy strzał z liścia w pysk – mdłe, skrajnie syntetyczne otwarcie, które brzmi jak popłuczyny po prawie każdym zapachu, który stoi obok na półce w perfumerii: imbir, bergamotka, kwiat pomarańczy – nieśmiertelne trio – czego można się spodziewać po takim zestawieniu? Dokładnie tego, czym raczy nas Jasio – słodkiego, chemicznego smęta. Dalej nie jest lepiej – jeśli tak brzmi kardamon, to ja wysiadam z tego pociągu, rozmaryn? Chyba w wersji Ariel Omo deluxe. Reszty nawet nie skomentuję.

John Richmond for men jest kreowany na łobuzerskie, zadziorne – wręcz rock’n’rollowe perfumy, tymczasem jest dokładnym tego przeciwieństwem. Wiele mogę wybaczyć ale epatowanie miernością, to coś czego tolerować nie potrafię.

Podobne: wszystko inne obecnie, wydane po 2005r – “świeże”, “owocowe”, słodkie, nijakie – dla „mężczyzn”.

Kompozycja: 1(+)mina
Moc: 2(-)
Trwałość: 2(+)
Flakon: 2
SOB: 1(+)

Nuty:
Umysł: kwiat pomarańczy, imbir, bergamotka,
Serce: kardamon, rozmaryn, melon, pieprz,
Baza: piżmo, bursztyn, cedr.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s