drewno (nie)czyste

pwZa każdym razem, kiedy testuję kolejny flanker od Thierry Mugler mimowolnie na mojej twarzy pojawia się grymas. To jedna z dwóch firm, która po zrobieniu czegoś niezwykłego skupiła się na odcinaniu kuponów od swojego sukcesu. Nie było by w tym nic złego, gdyby kiedyś nadszedł moment na zakasanie rękawów i wzięcie się do pracy, niestety ta chwila nigdy nie nadeszła.

Pomijając nieszczęsne nawiązanie do oryginału (A*Men), z którym Pure Wood nie ma praktycznie rzecz biorąc nic wspólnego poza nazwą i duża ilością słodyczy, jest to przyjemne choć dość standardowe pachnidło oparte na przewodnim motywie drewna i słodkości. Wedle nut jest to dąb, co akurat trudno stwierdzić bo drewienko z PW jest lekko nadpalone i skąpane w dużej ilości słodkiego wywaru z niekulinarnej wanilii z roślinnymi dodatkami, który nadaje ton całości. W tle gdzieś tam się pałęta posmak kawy ale na tyle niewyraźny, że… no właśnie stanowiący odległe tło. Zapach jest sympatyczny, choć dość ciemny równocześnie brakuje mu przestrzeni ale to normalne w przypadku „drzewiaków”. Nosi się przyjemnie, przez pierwsze kilkanaście minut uderza w nos intensywnie, potem szybko osadza się na skórze, zlewa z nią i wytwarza przyjemną aurę, która otacza ciało przez kilka godzin (6 w porywach 7).

To, co najbardziej rzuca się w oczy we wszystkich A*Menach, to ich tandetne wykonanie (łącznie ze sprzedawanym w plastikowym blistrze zreformułowanym „oryginałem). Flakony są badziewne i przypominają wyrób do zabawy dla dzieci a nie produkt luksusowy, parametry co najwyżej przeciętne (także w „oryginale”) a przecież moc i trwałość protoplasty przeszła już do legendy. Nie inaczej jest w przypadku Pure Wood – biorąc do ręki buteleczkę można się jedynie skrzywić z niesmakiem. Tak ordynarnego odcinania kuponów nie spotkałem jeszcze nigdy, nie tylko zresztą w branży perfumeryjnej. Nawet patrząc na perfumy z zupełnym, pominięciem nawiązań do pradziadka, wciąż to co otrzymujemy zwyczajnie nie jest warte ceny.

Podsumowując, Thierry Mugler A*Men Pure Wood to ładny ale niczym nie wyróżniający się zapach dla panów i pań (bo oczywiście, to uniseks) w zasadzie na każdy chłodniejszy dzień, na każdą okazję. Dla każdego, nie niesie ze sobą żadnego przekazu, ani głębszej treści. Taki przeciętniaczek.

Podobne: inne A*Meny, inne słodkie drzewce

Kompozycja: 3
Moc: 3
Trwałość: 3(+)
Flakon: 2
SOB: 3(-)

Nuty: dąb, kawa, wanilia, cyprys, paczula.

Gdyby advert wpływał na ocenę, to solidnie bym ją obniżył. Takiego braku korelacji pomiędzy zapachem a reklamą dawno nie widziałem! Ktoś chyba pomylił perfumy. Albo jest kretynem.

Reklamy

2 comments

  1. Przez lata szerokim łukiem omijałem Muglera – zarówno flankiery, jak i samego A*Mena. A w okolicach 40 wiosny mnie naszło… Może to kwestia kryzysu wieku średniego, którego przejawami są w powszechnej opinii czerwone porsche, lub pani „na boku”. Mnie naszło na słodkości. Wybór Muglera był zatem oczywisty i na mojej półce zagościły od razu dwa flankiery: Ultra Zest i Pure Tonka. Autorowi polecam testy obydwu, może grymas trochę zelżeje 😉 Zapachy na pewno nie są olfaktorycznymi arcydziełami, ale spełniają moje kryterium zakupu – wyróżniają się z tłumu. Co do dwóch rzeczy się zgadzam: kiepskie wykonanie fakonów (deko lepiej w PT, w UZ jest tragicznie plastikowo + dodatkowo fatalny atomizer) i niepowalająca trwałość. Spodziewałem się mega kilerów, które pumeksem trzeba będzie zdrapywać ze skóry, a otrzymałem zapachy o zaledwie satysfakcjonujących parametrach. Zaznaczę, że opinia ta jest głównie o Ultra Zest. Po Pure Tonka spodziewam się więcej (tzn. dłużej). Ze względu na temperatury i szacunek dla otoczenia Pure Tonka na razie nie używałem „globalnie”, ale na przedramieniu „daje radę”.

    1. A dziękuję za polecenie, jak tylko będzie okazja zanabędę próbki 🙂
      W kwestii Muglerów jeszcze, to ja po prostu czuję spore rozczarowanie, w kontekście mojego pierwszego spotkania z A*Menem kilka lat temu – wersja z czasu zanim zaczęli przy nim grzebać. Kompozycja, moc, projekcja… To było coś! Czuło się po prostu na czym ten przełom polegał, połączenie paczuli z czekoladą i kawą dawało rewelacyjny efekt. Dzisiejsze popłuczyny, to kolejny li tylko słodziak jakich wiele. A flankery? Cóż…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s