Recenzja

recenzje zapachów

Depresja w Amsterdamie

architecture-3279453_1920

Czy zastanawialiście się kiedyś jak może wyglądać depresja mieszkańca dużego miasta, np. Amsterdamu..? Oczywiście samotność w wielkim mieście itp itd ale niech to będzie
i depresja i Amsterdam, no i co? Jakieś skojarzenia? Konotacyje jakoweś? No właśnie
a dokładnie taka nazwę nosi kolejny zapach od Aleksandra, który już jakiś czas od niego dostałem. I pierwsze co muszę powiedzieć, to przewrotne odczucie, które mam ilekroć sięgam po te perfumy, że woń jest całkiem pozytywna, a depresja jeśli gdzieś tu jest,
to za maską skrywającą smutek ale tak grubą, że aż pogodną. dep

Czym pachnie? Hm… to także jest dość zaskakujące ale pozwolę sobie zacytować autora, bo bardzo ciekawie o tym mówi: „czarny pieprz, bergamota, lawenda, cedr, sandał, benzoes. Te wszystkie składniki są naturalne. Zapach oparty jest na rozgrywce pomiędzy bergamotą
i lawendą. Specyficzna odmiana lawendy. Moim zdaniem, wyśmienita. Pozbawiona zabrudzeń, kwiatów i skojarzeń z kamforą. I solidna dawka chłodnego, drzewnego pieprzu. Dodałem też trochę ambroksanu, żeby podkreślić morskie aspekty lawendy
”.
Lawendę lubię nawet bardzo, to taki klasyczny, ciepły męski składnik.
I jest dokładnie tak jak pisze Aleksander: mamy z jednej strony słodkawą bergamotę z drugiej, ciepłą wyśmienitej jakości – aksamitną wręcz lawendę bez żadnych domieszek a z trzeciej jeszcze delikatny posmak drzewa cedrowego w tle. I bardzo to wszystko przyjemne, otulające, kojące wręcz. Jeśli depresja, to w swoich kolorowych snach po zażyciu leków albo otulona letnim ciepłym wieczorem nad Amstel, jak kto woli – jak odczuwa.

lavender-1275377_1280.jpg

Jeśli szukacie naturalności i jakości w niszy, to bardzo często możecie się bardzo rozczarować. Dopiero sięgnięcie po zapach zrobiony z samych prawdziwych ingrediencji, rzeczywiście naturalnych bez domieszek utrwalaczy pokazuje jak naprawdę pachną składniki, wymieniane w spisie nut przez producentów. Coś za coś – naturalne piękno nie jest trwałe ale harmonijne, więc Depresja daje się poznawać tylko przez kilka godzin za to oferując przez cały ten czas swój urok i piękno.
Depresja w Amsterdamie, to kolejna bardzo udana kompozycja od Aleksandra. Nisza
w takiej postaci jaką powinna mieć – pięknej i naturalnej, bez udziwnień.

Myślę, że perfumy mogły by być spokojnie sprzedawane – nie wiem czy Aleksander zdecydował by się na takli krok ale jeśli macie chęć spróbować, to… mogę zapytać 🙂

Podobne: hmm…

Kompozycja: 5
Moc: 4(-)
Trwałość: 3(-)
Flakon: –
SOB: 5(-)

Nuty: Umysł: pieprz, bergamota, lawenda, cedr, sandał, benzoes, ambroksan.

Reklamy

niesforny, niby retro a wcale nie

W zeszłym wpisie obiecałem nieśmiało, że kolejny w kolejce do obsmarowania jest również Lalique, a mianowicie L’Insoumis. Słowa głośno nie danego dotrzymać pragnę także i oto przedstawiam – Panewki i Panocki przed wami niesforniak.

Historia z L’Insoumis prosta jest – po dłuższej przerwie niezabawy z zapachami pierwsze co zrobiłem po powrocie,
to sprawdziłem czy mój ulubiony Lalique nie wydał aby czegoś nowego. Jak się okazało wydał i to co najmniej dwie pozycje dostępne bez trudności i w ludzkiej cenie (plus seria Noir Premiere Collection, niestety w niszowych piniądzach, która także bardzo mnie kusi, bo nawiązuje do przeszłości ale o tym inną razą…).

A wracając od naszego dzisiejszego bohatera, to Lalique znowu zrobił coś bardzo po swojemu. Marka przyzwyczaiła mnie dwóch rzeczy w kwestii kompozycji swoich produkcji – do reinterpretacji klasyki we współczesnym brzmieniu oraz uderzaniu
w niszowe klimaty, przy czym punkt pierwszy dodatkowo zawiera się w drugim. Niesforny powraca do pięknego okresu perfumiarstwa męskiego, kiedy dominowały paprocie, zioła, klimaty zielone i aromatyczne, krótko mówiąc aromaty fougere.
Od przynajmniej lat 90. ten kierunek został porzucony, a męskie zapachy zbliżyły się znacznie a potem praktycznie połączyły
z kobiecą szkołą (oczywiście współczesną, w przeszłości było by to raczej niemożliwe).
I właśnie tym jest L’Insoumis – nowoczesną interpretacją klasycznego męskiego fougere. Dla każdego kto miał do czynienia z tego rodzaju kompozycjami, sprawa będzie dość klarowna już po tych kilku zdaniach dla większości wymaga pewnego rozjaśnienia
i dobrze, gdyż inaczej ta recenzja mogłaby się zakończyć po tym stwierdzeniu,
a tak jeszcze sobie popiszę 😉

Fougere, to przede wszystkim mech dębu i lawenda do tego jakiś akord zielony, świeży (np. kumaryna) i w zasadzie mamy gotowy przepis na. Oczywiście w kompozycjach pojawiają się także inne akcenty – bez nich większość pachniała by bardzo podobnie
(co w sumie często miało miejsce przeszłości), niemniej te stanowią trzon, nadający całości świeżego,  żółto-zielnego posmaku.


Dokładnie tak pachnie Lalique, a jednak po swojemu bo znalazł się tu rum, który nadaje słodkiego i lekko alkoholowego smaczku w otwarciu, szybko przebrzmiewa a do głosu dochodzi bardzo aromatyczna, ciepła i bezpieczna lawenda, która jest jednym
z najbardziej męskich składników jakie znam, wręcz kojarzy się z archetypowym mężczyzną. Lawenda nie płynie sama, szałwia dodaje jej ziołowej woni, a pieprz odrobinę szorstkości. Miłe to, przyjazne, otulające, delikatnie słodkawe, jasne acz nieprzesadnie przestrzenne. Problem mam z bazą, którą powinna ciągnąć aromat dalej, pogłębiać i dawać upust mchowej dominacji. Niestety, coś się takiego dzieje niejasnego, że zamiast tego o czym wspomniałem do nosa dociera jakiś niekompatybilny metaliczny akord, nie na tyle intensywny by razić ale wyczuwalny wystarczająco by stwierdzić,
że coś poszło nie tak – albo w kwestii jakości albo niezgrania jakiegoś składnika.
To pierwsza wada i cień na tej bardzo ciekawej kompozycji. Druga (na szczęście ostatnia), to kwestie techniczne w moim wszakże samolubnie-subiektywnym odczuciu. Otóż zapach został uwspółcześniony, także w jego praktycznym aspekcie – używalności. Mamy więc bardzo casualową, stonowaną projekcję –
w moim odbiorze za bardzo, bo Lalique jednak przyzwyczaił mnie do dużej „wyczuwalności” (za wyjątkiem Voyageura
ale to wina mojego nosa a nie zapachu). Plus z tego taki, że do codziennego noszenia do pracy będzie jak znalazł (i nie oddał)
ale już na randkę? Niekoniecznie… Trwałość, tu również jest współcześnie – 6-7 godzin, czyli nieźle ale za mało – przynajmniej jak na moje oczekiwania. Chciałbym więcej, choć podkreślam, że to co otrzymujemy jest zgodne z konwencją a moje marudzenie wynika bardziej z indywidualnych oczekiwań w stosunku do ulubionej marki i przyzwyczajeń, niż rzeczywistego odbioru produktu przez otoczenie.

Flakon – oczywiście nie zawodzi, jest jak przystało na Lalique – zjawiskowy. Klasyczny, kwadratowy kształt, po bokach czarne tłoczenia z tworzywa, przypominające pnącza, ciemnie cieniowane napisy na przodzie, duży okrągły korek otoczony tym samym tworzywem, a od góry srebrny grawerowany akcentem – mimo że bez ekstrawagancji, metalu i złota, to wciąż małe dzieło sztuki.

Krótko podsumowując, Lalique L’insoumis, to „bardzo udana nowoczesna interpretacja męskich zapachów fougere z lat 70.
i 80” – to już wiecie ale warto przypomnieć. Mimo nawiązań, to woń na wskroś współczesna, aromatyczna i bardzo ładna. Pomijając moje uwagi dotyczące parametrów i konstrukcji, których większość i tak nie zauważy w perfumach – szczerze polecam. Jeśli jesteś facetem, który chce pachnieć z klasą i nie masz 20 lat, to z pewnością jest to dobry wybór, kobiety je lubią, dostrzegają i komplementują.
I jeszcze jedno – zapach nie jest trudny ale zdecydowanie inny od tego, do czego jesteście przyzwyczajeni, pachnie odmiennie od 95% perfum na sklepowej półce w tym sensie to „nisza”, w każdym innym – perfumy selektywne. I bardzo dobrze 🙂

Podobne: fougere! Szczególnie te klasyczne z zielonym akcentem z zastrzeżeniem,
że Insoumis jest echem przeszłości a nie jej nowym duchem.

Kompozycja: 4(+)
Moc: 4(-)
Trwałość: 4(-)
Flakon: 5(+)
SOB: 5(-)

Nuty:
umysł: bergamotka, bazylia, rum,
serce: lawenda, szałwia, czarny pieprz,
baza: mech, paczula, wetyweria, nuty drzewne.

PS. Nosem tworzącym był Fabrice Pellegrin,Pan odpowiedzialny za wiele ciekawych zapachów, komponujący zarówno dla marek selektywnych (Azzaro, Armand Basi, Diesel) jak i niszowych (L’Artisam Parfumeur, Diptyque) a nawet dyskontowych m.in. to on odpowiada za świetne Espionage od Oriflame) – warsztat ma bardzo dobry.

PS2. Tym razem marka dobrze trafiła z targetem – promo celnie oddaje zarówno charakter zapachu jak i docelowego klienta.

Podróżnik

Zapewne po tak długiej przerwie należy wam się kilka słów wyjaśnienia… zapewne.
Cóż działo się wiele, niekoniecznie dobrze ale że życie podobnie jak natura dąży do stanu równowagi, w końcu wahadło losu z impetem przeleciało na drugą stronę i teraz jest dobrze. Mam nadzieję, że takie wyjaśnienie wystarczy? 😉

A przechodząc do tematu – do napisania tej recenzji zmobilizował mnie syn, za co mu bardzo dziękuję – „tata siadaj i pisz”, rzekł tonem nie przyjmującym do wiadomości,
że istnieje coś takiego jak sprzeciw. Cóż było robić siadłem i piszem. Ponieważ zaś to pierwsza recenzja od wielu miesięcy nie może dotyczyć byle czego, jakiegoś tam zapaszku. Co mógłbym opisać więc najlepszego? Oczywiście moje kochanie Lalique!
A że nadarza się okazja, bo niedawno zanabyłem dwa flakony nowych (dla mnie) zapachów tej firmy – jedziemy z koksem (w Krakowie właśnie mamy smog taki,
że weganom i eko ludkom płuca migrują w stronę jelita grubego z zapytaniem, czy ktoś tu widział czyste powietrze?).

Lalique Hommage a l’homme Voyageur – niby flanker, a tak na prawdę poza tytułem nic go nie łączy ze śliwkowym poprzednikiem. „Nie łączy”, to w sumie dość eufemistyczne określenie, kompozycje te są bardzo odległych bajek zapachowych,
a łączy je wspólny sznyt – od pierwszego niucha wiadomo, że to coś bardzo dobrego, szlachetnego i na pewno Lalique.

Voyageur, to zapach brudny, ziemisty i ciemny (choć z przebłyskami). W najlepszym możliwym znaczeniu tych epitetów. To niesamowite połączenie piwnicznej, delikatnie pleśniejącej paczuli, wetywerii nasuwającej echo odległego skojarzenia z Encre Noire
i kardamonu, który wierci szczególnie w początkowej fazie, aż kłuje w nos! Żeby jednak nie było, wszakże Gentlemena już wymyślono wszystko doprawione jest delikatnym akcentem waniliowym, nie na tyle w prawdzie, żeby zapach można było określić jako słodki ale subtelnie przełamującym kwaśność. Krótko mówiąc mamy tu porządne uderzenie ostrego, gryzącego kardamonu, potem przejście przez piwnicę na której ścianach pojawiły się wykwity czegoś dziwnego… (papirus) i na koniec porośnięte mchem kamyczki.
I jak to niby pachnie? Noooo mega! Noooo i nie będzie się podobało ani waszej dziewczynie, ani chłopakowi, ani tym bardziej babci! Jest zdecydowanie niszowo, bardzo ciekawie, a wciąż pięknie i wymagająco – to Lalique a nie tam jakieś Długie Bossy! 😉
Co ciekawe, ziemia sama w sobie wydaje się być mokra (szczególnie połączeniu
z paczulą), jednak papirus wyraźnie osusza klimat całości, intrygujący kontrapunkt.
Co jeszcze ważne, mimo intensywności paczuli, nie odnosi się wrażenia, że jest to zapach stricte paczulowy – inne składniki są dobrze wyważone, przez co tworzy się barwny (choć raczej w odcieniach szarości) aromatyczny miks.

Kompozycja na piątkę, nie da się jej zapomnieć ani pomylić z inną ale przez swoją unikatowość ma pewną wadę – nie nadaje się do noszenia na co dzień, np. do pracy. Obecnie testuję tę opcję na sobie i muszę wam powiedzieć, że bywa zabawnie
np. ostatnio reakcja kolegi, który akurat wszedł do naszego biura była dość osobliwa –
„co tu tak śmierdzi?”- „To ja, to ja!” – to zmieszanie i mina kogoś nie wiedzącego
co powiedzieć – bezcenna 😉 Po prostu Voyageur, to perfumy wymagające i trzeba mieć tego świadomość – bez wyrobionego nosa nie podchodź, nie narzucaj go tez innym.
Ot, nisza.

W kwestiach technicznych również nie ma na co narzekać, bardzo ładny – ciemnogranatowy, klasycystyczny flakon ze srebrnymi akcentami – pewnie trzyma się
w dłoni i sprawia wrażenie obcowania z produktem premium. Do tego standardowo już dobre technikalia – woń trzyma się ponad 8 godzin i wyraźnie daje o sobie znać – inna sytuacja z pracy (tym razem koleżanka) – stwierdzenie, że gdzie nie wejdę pozostawiam za sobą smugę zapachu i to na pewno ja 🙂 Jakość zdecydowanie na plus, do tego cena której mogłyby, a nawet powinny pozazdrościć skrajnie mainstreamowe siuśki (a nie wiedzieć czemu uchodzące za luksusowe) Chanele i Diory. Czego chcieć więcej?

Ano ja to bym chciał, no tak se wymarzyłem normalnie, nie?  żeby po tych 15 minutach wciąż te perfumy na mnie pachły. Niestety, w przypadku Podróżnika okazało się, że po pierwszym mocnym uderzeniu – mój nos płata figla i mówi „dziękuję wychodzę”, następuję włączenie blokady zamykającej bąbelki wyłapujące zapachy i niestety nic więcej do niego już nie dociera, choć do wszystkich dookoła i owszem. Voyageur
nie stanie się więc moim ulubieńcem, poprzestanę także na jednym flakonie, bo jednak
w głównej mierze woniam dla swojej przyjemności. Ale to nie zmienia mojej bardzo dobrej opinii o tych świetnych perfumach, które wam serdecznie polecam,
przy założeniu, że macie choć trochę wyrobione nosy i nie obawiacie się reakcji otoczenia.

No i w kolejce już czeka kolejne, niesforny Lalique…

Podobne: niektóre z paczulą, i echa Lalique a w sumie, to żaden.

Kompozycja: 5
Moc: 5(-)
Trwałość: 5(-)
Flakon: 5(-)
SOB: 5(-)

Nuty:
umysł: bergamotka, kardamon,
serce: wetiwer, paczula, papirus,
baza: wanilia, bursztyn (czyliż ambra), mech drzewny.

PS. Kompozycja to nie kogo innego ale właśnie Michela Almairaca – tak, tak to ten nos od Zino, Heaven, GpH i innych cudów!

PS2. Co jak co ale z targetem (na zdjęciu), to nie trafili… wyobrażam sobie piorunujące wrażenie, które ów młody byznesmen robi na swoich współpracownikach wchodząc do biura skropiony sowicie radosnym Vojadżerem 😉

zapach skóry

daviDavidoff, to typowa marka perfumeryjnego mainstreamu. Produkuje perfumy mierne, syntetyczne i nijakie i dzieje się tak od lat. Nigdy nie był to brand wyjątkowy, choć w swoim dorobku ma kilka świetnych kompozycji (Good Life, Cool Water, czy – mimo moich oporów – Zino). Tym bardziej cieszy, że włodarze Davidoff zdecydowali się wypuścić na rynek coś na tyle odbiegającego od jego smutnych standardów i wyróżniającego, że aż dziw bierze! Może to zresztą jakiś szerszy trend, bo w ostatnim czasie także inni producenci głównego nurtu wypuszczają pojedyncze kompozycje, które mocno odbiegają od średniej – in plus. Na marginesie, to jeden z kilku zapachów z – jak się okazuje – serii, więc jest szansa na coś dobrego, co równocześnie nie jest wyjątkiem od reguły. Kiedy tylko dostanę pozostałe dwa na pewno podzielę się wrażeniami.

Skóra? Jak ma być? Jaka może być? Zależy od oczekiwań i upodobań ale bardzo różna – od animalistycznej i surowej, przez bardziej znoszoną (torebkową czy „paskową”), dalej syntetyczna i sztuczna wytworzona w jakiejś fabryce w Bangladeszu aż do tej właśnie serwowanej nam w Blend – nowoczesnej ale jednoznacznie identyfikowalnej ze swoim „motywem przewodnim”, motywem bo zapach skóry jest bardzo… wyjątkowy.

Leather Blend niewątpliwie pachnie w „sposób skórzany”, równocześnie jednak jest to zapach mocno osadzony w dzisiejszym świecie, w obecnych realiach – jest w nim więc jakiś sztuczny akord, jednak zrozummy się dobrze – „sztuczny” w sensie niewytworzony przez naturę, a nie „chemiczny” – bardzo ciekawy, ładny zresztą. Blend to skóra bardzo sucha, słodka, z posmakiem piżma i ambry, czyli delikatnie mdła jednakże nie jest to żadna wada, bo woń jest bardzo dobra. Jest tu także szczypta przypraw – szafran, który szczególnie w pierwszej fazie nadaje lekko zgryźliwego  posmaku i świetnie przełamuje wspomniane piżmo i ambrę, a dodatkowo łagodzi pierwotne wrażenie suchości, bo sam ma bardzo intensywny aromat. Zapach jest monolityczny, dość prosty w swojej strukturze a zmiany w brzmieniu dotyczą raczej cichnięcia pewnych nut ale niewątpliwie pachnie cholernie dobrze!

No i pachnie długo i w sumie zupełnie przyzwoicie jest wyczuwalny. Pachnie też specyficznie – męsko, jednoznacznie, czyli nie każdy się w nim odnajdzie. Po latach metro i uni seksualnej jednorodności dobrze, że pojawiają się także specyfiki, które możemy jednoznacznie ukierunkować, nazwać i opisać – różnice między płciami nie są kulturowym wymysłem i wiemy o tym doskonale, po prostu wahadło w końcu musi stanąć na środku – pomiędzy – a to wymaga czasu, by tam powróciło po kolejnych przechyłach, to w jedną to w drugą stronę. Pomijając te dygresje, nieco paradoksalnie nie ma żadnych przeciwwskazań aby po Blend sięgnęła Pani, której un się spodoba i która będzie się w nim czuła dobrze 🙂

Warto poznać Davidoff Leather Blend.
Nie mam żadnych wątpliwości.

Podobne: hmmm…

Kompozycja: 4(+)
Moc: 3(+)
Trwałość: 5
Flakon: 5(-)
SOB: 4

Nuty:
umysł: pieprz, szafran,
serce: bursztyn, róża,
baza: papirus, skóra.

PS. Perfumy są nieco droższe niż „średnia rynkowa” ale są także powyżej tej średniej, więc opłaca się po nie sięgnąć, nawet przy cenie ponad 200 zł.

dej da di!

dejO, proszę! Zapach o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, marka zupełnie wiedzy obca, cena jeszcze w normie utrzymana a zaskoczenie całkiem spore. Pozytywne dodam od razu, co by niejasności nie produkować i niepewności w sercach waszych przeogromnych (zmiany miażdżycowe niosących) nie zasiewać.

Martin Dejdar Day Dee EDP, bo tak brzmi pełna nazwa owychż perfum, to całkiem przyjemne zjawisko zapachowe. Nie nie, nie spodziewajcie się nowych lądów oflaktorycznych odkrywania, nie spotka was tu także zaskoczenie jakościowe na miarę legendarnego „haszyszu”, który z mitycznych tybetańskich jeżozwierzy pozyskuje producent kultowego ciarnego Afgańczyka. Za to dostaniecie kawałek solidnego, męskiego (co istotne, bo w naszym silnie androgenicznym społeczeństwie europejskim coraz rzadsze), eleganckiego zapachu.

No więc pytanie najistotniejsze – jak to pachnie, panie Julianie? Ano dobrze. Owocami słodkimi zapodaje aromatycznymi wielce ale bynajmniej – nie przesłodzonymi, a to dzięki lekko kolońskiemu sznytowi całości. Do tego szczypta (ale tylko niewielka taka, ot) przyprawek (kardamon) i mamy gotowy przepis na ciekawą i ładną kompozycję. Że już było? A pewnie! Toć z reguły nie wychodzi, to jakoś specjalnie przekonująco – tu wyszło,  rzekł bym nawet, iże wyszedło! Przypomina mi co prawda kilka bardziej znanych i mniej znanych perfum i wam pewnie reminescencje jakoweś na myśl przyjdą ale celowo nie podaję, żeby każdy jeden (i jedna też) miał/a radość z odkrywania 😉 Aromat prosty, klasyczny, szykowny całkiem idealnie do pracy, biura się nadający – podkreślam jednak, że dla facetów, takich klasycznie męskich, modne ostatnio pazie przypominające swoje partnerki, bardziej od nich samych zresztą – niekoniecznie sprawnie się odnajdą w tej woni. Aromat nie ewoluuje przesadnie, oferując raczej liniowy zapach ale nie męczy i ma w sobie pewną dozę przestronności, a być może nawet lekkości swoistej.

Trzyma się za to bardzo dobrze, w zasadzie cały dzień i nie ma wątpliwości, że pachnie się siebie ten – w końcu to udeparfum. No i ten flakon – prosty, kanciasty ale klasą zapodający na całego, ładny jest, ot! Mi się Martin podoba wyjątkowo, a to dla klasycznie męskich perfum komplement jak w pysk strzelił. Dodam jeszcze, że nie jest to klasyka w stylu lat 80. ale bardziej tych wczesnych 90., czyli wciąż nieprzegięta a przynajmniej złudzeń nie pozostawiająca.

Zdecydowanie polecam.
Choć to nic odkrywczego, nic specjalnego i w ogóle nic, to pachnie fajnie i sprawia frajdę.

Podobne: a zgadnijcie sami? 😛

Kompozycja: 4
Moc: 4
Trwałość: 4(+)
Flakon: 5(-)
SOB: 4(+)

Nuty
Umysł
: kardamon, rozmaryn, skórka cytrynowa,
Serce: drzewo różane, liście jaśminu,
Baza: mech dębowy, wetiweria, piżmo.

ekstremalnie nieekstremalny

laliquEncre Noire od Lalique, to moje ulubione perfumy. Podobnie jak Lalique najulubieńszą marką jest. A jednak do wersji L’Extreme podchodziłem jak kot do jeża. Być może pomny wcześniejszych doświadczeń z flankerem „Sport”, który co prawda trzyma poziom ale jest kompletnie niepotrzebny, po głowie kołatała się spokoju bynajmniej nie dająca myśl „po co to to o to?”. Niby wszyscy teraz na potęgę wypuszczają kolejne wersje swoich „tuzów”, w jakimś sensie (przynajmniej w kwestii hitu EN) temu trendowi uległ też Lalique ale nie jest to pozytywne zjawisko. Jeśli weźmiemy coś miernego i spróbujemy to nieco przeformułować, to z reguły mierność rodzi jeszcze większą mierność. W przypadku dobrych zapachów w najlepszym razie wynikiem będzie powielenie, a tylko czasami powstanie zapach godzien protoplasty. Takie są jednak prawa rynku, widać nie ma co z tym zjawiskiem dyskutować.

A L’extreme to wciąż Encre Noire, a jednak nieco inne. Oczywiście wetyweria z domieszką iso wciąż gra główne skrzypce ale teraz zapach stał się o wiele bardziej „drzewny”. Przynajmniej dla mojego nosa intensywnie daje takimi składnikami. Nie jest to drewno „czyste” jak w kompozycjach stricte tego typu ale w charakterystyczny sposób dla Encre przymruszone, jakby delikatnie nadpalone i polane jakimś rodzajem chemii – kadziło? (klej mode: on – skojarzenie ze sklepem meblarskim jak najbardziej uzasadnione). I w zasadzie tyle. Przy jednej istotnej wszakże uwadze, że wraz z czasem owych drewnianych konotacji coraz mniej a na placu boju pozostaje li tylko wetywer (jak w oryginale). W ogóle składników jest jakoby więcej znacznie niż w pierwowzorze ale nie czuć owego bogactwa, może tylko jeszcze szczypek dosłownie paczuli w bazie? Wersja EDP nie przynosi ani jakiejś szczególnej głębi, nie poszerza też naszych doznań, przeciwnie mam wrażenie że zapach stracił swój świeży charakter i raczej się spłaszczył. Wciąż brzmi dobrze ale jednak, jak to mawia przewodniczący od alimentów „to nie z puszki było”. Krótko mówiąc jest nieźle ale po co to, skoro wcześniej było znacznie lepiej?

W kwestii parametrycznej, zmieniło się niewiele. Jak przystało na wersję eau de parfum woń jest trwała ale niezbyt lotna, trzyma się też zdecydowanie bliżej cielęciny niż poprzednik – generalnie technikalia na lekki minus. Oczywiście podatek od nowości zapłacić trzeba, ekstremalny jest droższy od wersji podstawkowej.

Czy warto go kupić?
Nie. Bo i po co, skoro mamy ciekawszego prekursora?
Dla kogo to więc zapach tak w ogólności jest? Zastanawiam się, dumam, myślę… może dla kogoś, komu mocny charakter wetyweru w oryginale nie odpowiadał? Może dla któregoś jednego co woli drewno łon? Nieee… dla takich osób są inne kompozycje. Więc? No właśnie…

Podobne: niektóre drewniaki ale tylko óre

Kompozycja: 4
Moc: 3
Trwałość: 5
Flakon: 5
SOB: 3

Nuty:
umysł: bergamota, elemi, cyprys,
serce: wetyweria, irys, kadzidło,
baza: paczula, drzewo sandałowe, benzoes.

znakomicie!

alharamainSięgając po „arabskie”, „orientalne” perfumy z reguły doskonale wiem, czego się spodziewać. Dostępne u  nas marki takie jak Rasasi, Al Haramain czy Dirham świetnie odnalazły się na dość wybrednym europejskim rynku i adaptując to co najlepsze u siebie, równocześnie wpisały się w potrzeby i oczekiwania lokalnych konsumentów. Na co więc możemy liczyć kupując „araba”? Na pewno na doskonałe parametry, których często brakuje rodzimym perfumom – zarówno trwałość jak i projekcja są co najmniej dobre najczęściej bardzo dobre a nierzadko rewelacyjne. Ogólna jakość pachnideł również mieści się w tej skali – nie spotkałem jeszcze produktów tych firm, które nie byłby co najmniej dobre. No i najważniejsze – zapach. Tutaj dostajemy wyraziste, słodkie, intensywne wonie przesiąknięte bogatym, orientalnym sznytem. Warto zauważyć, że w tej kwestii marki te bardzo zręcznie łączą swoje olfaktoryczne doświadczenia (a te na wschodzie są wyjątkowo bogate i mają długą, choć zupełnie różną od naszej tradycję) z tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, a równocześnie wychodzą nieco do przodu, dzięki czemu europejski klient sięgając po perfumy np. Al Haramain może się poczuć wyjątkowo, jakby się zanurzał w zupełnie innym świecie, mimo że jest to świat dość mocno dla niego „spreparowany”. Nie zostanie przytłoczony a jest spora szansa, że odkryje coś zupełnie nowego. Pewną wadą tego trendu jest fakt, że kolejne zapachy stają się jednak do siebie podobne i coraz trudniej wychwycić wyjątkowość, choć być może tak to wygląda tylko z perspektywy osoby, która wącha naprawdę sporo.

W zasadzie wstęp dokładnie wyczerpuje opis dzisiejszego bohatera a mianowicie perfum Al Haramain Excellent Men. Żeby się nie powtarzać, powiem że to woń niezwykle bogata, słodka i pięknie się rozwijająca. W spisie nut znajdziecie w zasadzie wszystko. Zapach jest upojny, intensywny, ciepły a równocześnie nieprzytłaczający. W zakresie poprawnej kompozycji europejskie „nosy” mogły by się sporo nauczyć od arabskich kolegów.
Czym pachnie Excellent? Hmm… ogólnie tworzy ciepłą, aromatyczną zupkę zapachową, z której co chwilę wyskakują pojedyncze składniki docierające do nosa i ponownie opadające do wspólnego wywaru. Jest tu więc na pewno wyraźna, choć lekka i przyjemna róża, niewątpliwie kardamon i kwiaty. Sporo drzew, wedle spisu chyba większość ale te akurat raczej się zlewają, nadając całości ciepła i posmaku. Nawet subtelny posmak oudu, gdzieś się pojawia (ale nie jest to zapach oparty o oud). Podejrzewam, że każdy kto powącha tych perfum wyczuje nieco inne rzeczy, wynika to z ich bogactwa w kompozycji i faktu, że każdy ma indywidualnie skalibrowany zmysł powonienia. Nie rozpisując się za wielce powiem wam, że Excellent pachnie bardzo ładnie – bez udziwnień, myślę że to uniseks z delikatnym przechyłem na męską stronę ale panie mogą po niego sięgnać bez żadnych rozterek.

Parametry również takie jak opisane we wstępie – trwałość ponad 12 godzin, projekcja wypełniająca aromatem pokój, no życzyć sobie więcej takich. A do tego cena, która pokazuje jak bardzo oszukują swoich klientów renomowani, europejscy producenci – i to nie tylko samym zawyżaniem cen ale też sprzedażą fatalnej jakości produktów, o beznadziejnej kompozycji – zwyczajnych knotów.

Jeszcze kilka lat temu zakochałbym się w tej kompozycji i na pewno ją kupił. Dziś szukam w perfumach czego innego ale wam serdecznie polecam!

Podobne: inne orientalne, raczej nie-oudowe „araby” z tej kategorii zapachowej

Kompozycja: 4(+)
Moc: 5
Trwałość: 6(-)
Flakon: 3(+)
SOB: 4

Nuty
Umysł: róża, geranium, aksamitka, hibiskus, czarna porzeczka, marakuja,
Serce: róża, szafran, kolendra, imbir, biały pieprz, kardamon, cypriol (czyli papirus), oud, paczula,
Baza: ambra, mahoń, sandałowiec, heban, gwajak, paczula, cedr, piżmo.