Rzeczy około perfumowe

…czyli wszystko co nie jest recenzją perfumy

niu staf kaming ;)

Jestem, jestem! Żyję, żyję!
W tym tygodniu nowa recenzja 🙂al

Reklamy

Zasady Walki

Jakiś czas temu zapowiedziałem kilka nowości na stronie, co by ją nieco rozruchać.
Póki co, niewiele z tych zapowiedzi zrealizowałem, niemniej w jedną z obietnic zamierzam właśnie tchnąć życie. Pamiętacie „Zapachowy Ring”? Mają to być pojedynki dwóch (lub więcej) pachnideł w określonych kategoriach.
Na ringu stoi już dwóch zawodników i czeka na określenie zasad, więc w tym wpisie kilka słów o nich (zasadach, nie zawodnikach).

Walka toczy się na dystansie 6 rund, w każdej z nich zawodnicy mogą się wykazać w określonych dyscyplinach. I tak:
Runda 1 – Kompozycja – każdy daje z siebie ile może, pachnie najciekawiej jak potrafi. Pokazuje, że nie jest patykiem ciosany i ma do zaoferowania coś więcej niż tylko pierwsze wrażenie po spryskaniu nadgarstka.
Runda 2 – Oryginalność – nie jest to najistotniejsza cecha perfum, jeśli zapach jest co najmniej dobry. Ale jeśli nie taki nie jest, to potrafi się stać niezwykle istotna…
Runda 3 – Jakość – tu istotne będą dwie rzeczy – czy to co czujemy jest naturalne czy też dusi niczym głodny boa oraz ogólny anturaż (np. tandetne wykonanie flakonu, lanie z atomizera itd. (w przypadku testu z próbek – niektórych elementów oczywiście oceniał nie będę).
Runda 4 – Parametry użytkowe – krótko mówiąc, jak mocno pachnie i jak długo. Ważne? No ba!
Runda 5 – Flakon – Wbrew pozorom, przynajmniej w moim odczuciu, stanowi integralną część perfum (i może dlatego nie kupuje odlewek). Nie musi być małym dziełem sztuki (choć miło kiedy jest) ale powinien stanowić komplementarną całość z zapachem.
Runda 6 – Ring wolny – naparzanka bez ograniczeń, wszystko co nie mieści się w poprzednich dyscyplinach – kto da z siebie więcej, pokaże coś nowego – ten lepszy.

Po każdej z rund zawodnikom przyznawane będą punkty w przedziale od 0 do 3.
Gdzie 0 to tragedia grecka, 1 wypracowanie klasowe, 2 niezły esej a 3 praca doktorską prof. Miodka .
Na koniec sumujemy punkty i wyłaniamy zwycięzcę starcia.
Proste? Przejrzyste? Zobaczymy 😉

A już jutro na ringu staną: Rasasi La Yuqawam vs Armani Eau de Nuitarmani.

yuqawam

jak testować, panie premierze, jak testować?

skwar…ano właśnie – jak?
Temperatury mamy subsaharyjskie, miedzy 30-40 stopni w cieniu, w takich warunkach perfumy zachowują się niczym minister Sikorski po niekorzystnym splocie okoliczności – eksmitują się ze skóry w trybie natychmiastowym. Jakiekolwiek testy nie mają żadnego sensu, bo zwyczajnie są całkowicie niemiarodajne. I nie ma znaczenia czy narzucimy morskiego śweżowca czy killera, efekt będzie ten sam, czyli żaden. Choć paradoksalnie te siekiery potrafią przed zejściem ubić jeszcze parę komarów w najbliższym (tak do kilometra) otoczeniu.

Krótko mówiąc – przerwa.
Ale zanim nastąpi, to może sięgnę pamięcią i opiszę wam jeszcze jeden zapach, całkiem udany zresztą, którego próbka po testach przedupałowych, co prawda gdzieś się wzięła zapodziała ale w sumie pamiętam…

Czemu tak, a nie inaczej dlaczegoż?

Szanowne Panie i nie mniej szanowni Panowice!

Rzeczywiście, tak a jakże – zaniedbałem ostatnio bloga – przyznaję się bez picia (i z)!
Życiowe zawirowania (w większości pozytywne) sprawiły przestawienie uwagi na inne tory i nieco rzadsze spoglądanie tam, gdzie wzrok nie sięga a nosa się nie wkłada! Ale nic to, bo azaliż obiecuję wszem wobecnym, że lada moment uderzę z siłą nowego wuce pikera i wymiotę z tej nieco zaniedbanej, łolfaktorycznej muszelki wszelkie mikroby – lenistwa, zaniedbania i nudy! Będzie się działo, będzie wirowało i będzie pachniało, a nawet..! Pachło! 😉

Równocześnie dziękuję za wszelkie pozytywne formy wsparcia duchowego, w postaci sympatycznych pytań („żyjesz?”, „co sobie połamałeś?”, „ciocia zdrowa?”, „tu byłem – hienio”). Będzie dobrze, a nawet świetnie! Ogródki pana Hermesa już nie mogą się doczekać opisania 🙂

grupownicy wkrótce na blogu

Postanowiłem odrobić nieco zaległości z ostatnich lat i przetestować wreszcie perfumy których recenzje już dawno miały się na blogu pojawić ale z jakichś bliżej niewytłumaczalskich przyczyn nie pojawiły sięż. Druga kategoria zaszłości, to zapachy które chyba każdy perfumomaniak znać powinien, a jeśli ich recenzja dodatkowo figuruje w portfolio, no to +5 do lansu jak nic! Trzecia grupa, to aromaty różne, bez większej idei dodane a dodatkowa czwarta, staff względnie nowy.
A oto co przed wami (i mną):
Grupa I (a w zasadzie druga)
Kenzo – pour homme
Davidoff – Cool Water

Grupa II (czyli pierwsza)
Abercombie&Fitch  Fierce
Issey Miyake  L’eau D’Issey Bleu ph
Carolina Herrera  212
Jacomo de Jacomo
Cerruti  Image

Grupa III (czyli trzecia)
Dior  Dune
Lacoste  Red
Burberry  Touch
Burberry  Sport
Mont Blanc  Presence
Bulgari  Aqua Amara

Grupa IV (zdecydowanie)
Prada  Luna Rossa
Valentino  Uomo

Jutro zaczynamy testy.
I kilka ładnych fotek na smaczek.
burberry-touch-0826 CoolWaterAbercrombie & Fitch Christmas 2009 - model Nick Bateman

perfumerie stacjonarne, czyli o tym dlaczego na pewno przepłacamy

W swoim, niedawno opublikowanym artykule (do którego przeczytania was zachęcam), kolega pirath (którego bloga z kolei bardzo polecam) przedstawił ciekawą tezę dotyczącą kupowania perfum w perfumeriach internetowych, którą generalnie można sprowadzić do twierdzenia, że dokonywanie tego rodzaju transakcji, to żerowaniu na pracy perfumerii stacjonarnych i zasadniczo pewien rodzaj cwaniactwa. Tekst wzbudził we mnie spore zainteresowanie, które przełożyło się na północne przemyślenia, zakończone wnioskami dokładnie odwrotnymi od tych, które wykonkludował autor pierwotnego tekstu. Ponieważ moje zdanie jest tak mocno odmienne, a i noc przespana nie została, postanowiłem podzielić się z wami swoją wizją tego zagadnienia.

Zacznijmy od przytoczonego przez piratha we wstępie przykładu, który rzeczywiście dotyka sedna problemu, rzecz w tym że pomija pewien bardzo istotny czynnik, przez co kompletnie się z tym zagadnieniem rozmija. Ja także rzadko korzystam z usług restauracji, również cenię czas i tą całą „oprawę”, którą w tego typu lokalu dostaję. Ba! Podobnie jak pirath ja też uważam, że za pracę należy się zapłata i za to co otrzymuję w restauracji (indywidualnie przygotowany posiłek, praca i czas w to włożone, dobra jakość produktu i smak, obsługa kelnerska etc) gotów jestem zapłacić więcej niż we wspomnianym fastfoodzie. Sęk w tym, że kolega pominął bardzo istotną rzecz – w przypadku perfumerii internetowych i stacjonarnych (odmiennie niż w opisanym przykładzie) otrzymujemy fizycznie ten sam produkt, a ową „otoczkę” za którą dopłacamy dodatkowo – serwuje nam perfumeria stacjonarna. Zmiana produktu, jego deprecjacja nie ma po prostu miejsca w przypadku perfum. Wracając do naszej restauracji, to zastanawiam się, czy bylibyśmy chętni płacić za owe ”dodatki”, gdyby w dobrej restauracji zaserwowano nam fast fooda, ale jakże pięknie podanego i z tak elegancką oprawą? W praktyce sytuacja jest odwrotna, bo to co kupujemy w obu perfumeriach jest równie wysokiej jakości, więc przykład ten niezupełnie oddaje clue problemu, w zasadzie poddaje w wątpliwość sam sens tego rodzaju zakupów w „sieciówkach”, czyli przynosi efekt odwrotny od zamierzonego.

Odpowiadają na retoryczne pytanie z kolejnego akapitu artykułu odpowiadam – tak, nawet kupując raz czy dwa razy do roku w perfumerii stacjonarnej – przepłacam. Dlaczego? Bo cena jest wyższa. I nie jest to bynajmniej, jak zdaje się twierdzić pirath wypadowa różnych obiektywnych czynników ale zwyczajnie skrajnie zawyżona wartość. Gdyby perfumy w „stacjonarce” kosztowały – miejmy gest – 50% więcej, to w porządku – korzystając z dodatkowych „usług”, byłbym w stanie ponieść taki koszt (przy założeniu, że mam do czynienia z profesjonalizmem) ale różnica w cenie nierzadko sięga 400% i nie da się tego w żaden racjonalny sposób uzasadnić, nawet dokonując niespotykanej ekwilibrystyki językowej i upraszczając do minimum. To po prostu nie ma żadnego uzasadnienia. Bo jeśli w Internecie mogę kupić Lalique Encre Noire (100 ml) za ok. 100 zł a za ten sam produkt w S. płacę 400 zł, to… cóż wnioski pozostawiam czytającym. Druga istotna sugeracja, którą zdaje się czynić pirath, jest fakt, że z tytułu swojej obsługi klienta w sklepie (który następnie wychodzi i dokonuje zakupu w sieci) – firma ponosi stratę. Jest to bardzo często popełniany błąd logiczny, który funkcjonuje według schematu: „ponoszę stratę potencjalnego zysku, bo przecież jakby nie kupił tam, to kupił by u mnie”. Nie, nie i jeszcze raz nie. To tak po prostu nie działa! Fakt, że zabronimy kupowania używanych aut nie spowoduje, że ludzie masowo zaczną kupować nowe. I nie o produkt tu chodzi akuratnie ale o sposób myślenia, że „tracę bo nie zyskuję” – ktoś mnie „pozbawia potencjalnego zysku”, co jest całkowicie błędnym przekonaniem (i niedorzeczną abstrakcją, bo zysk jest zero-jedynkowy, albo jest albo go nie ma). W praktyce nawiązując do tematu, gdyby ów niesforny „klient” nie pojawił się w nieszczęsnej perfumerii, to i tak niczego by ona nie zyskała/straciła, a jedyna różnica byłaby taka, że panie przez kilka minut dłużej stały by mniej ruchomo i to jest cała realna strata – strata energii konkretnej osoby. Jak to mamy przeliczać – na kalorie? Podam jeszcze jedną ciekawostkę luźno związaną z tym wątkiem. Mówi się dużo o piractwie (komputerowym, fonograficznym, filmowym) i przytacza wyliczenia ile to firmy, branża i całe społeczeństwo na tym miliardów tracą i jak by to było cudownie, gdyby te pieniądze trafiały do pustych kieszeni biednych koncernów. A tymczasem wszystkie badania pokazują, niewygodną zależność, którą owe waleczne firmy (pokroju RIAA i innych organizacji o bandyckich metodach działania) – kto jest największym konsumentem legalnych treści (filmów)? Ano najwięksi piraci! Ci, którzy najwięcej filmów z sieci ściągają, najwięcej także kupują legalnych treści, czyli na nich koncerny zarabiają najwięcej. Jaki z tego płynie wniosek? Ano różne zapewne ale także taki, że wbrew temu co się na pierwszy rzut oka wydaje – nie wszystko jest czarno-białe i czasem prawda jest zupełnie inna.

W określaniu warunków prowadzenia perfumerii internetowej mój interlokutor przejawia ułańską fantazję i zadziwiającą dość nieznajomość tematu. Otóż, jeśli ktoś uważa, że do perfumerii internetowej wystarczy garaż, jedna osoba i pozytywne usposobienie, to gratuluję wyobraźni. Czasy tego rodzaju przedsięwzięć już dawno minęły. Dziś perfumeria internetowa nie różni się aż tak bardzo od tej stacjonarnej, jak się wydaje. Chcąc zaoferować szeroką ofertę i niskie ceny, sklep musi posiadać swój magazyn centralny (nierzadko lokalne, co oczywiście oznacza czynsz), z bardzo dużym asortymentem (co z kolei przekłada się na straty, bo nie wszystko udaje się sprzedać a do producenta odesłać nie można, to nie ten kanał dystrybutorski). To także jedna z przewag tego rodzaju modelu biznesowego – mogę kupić tu rzeczy, których w stacjonarkach na próżno szukać. Do tego sztab ludzi do obsługi zarówno magazynów, logistyki, wysyłki i marketingu. Tylko największe i najbardziej znane perfumerie internetowe oferują bardzo niskie ceny – wystarczy spojrzeć na cenniki e-glamour, iperfumy , dolce czy perfumeria.pl i porównać je z innymi (mniejszych sklepó internetowych) – ichnie produkty są wyraźnie tańsze a zamówione tam towary dostajemy z reguły „od ręki”.  Przy okazji nasuwa mi się tu jeszcze jedna myśl. Oczywiście rozumiem, że perfumerie stacjonarne ponoszą większe koszty związane z personelem, koszty pracy i jest to istotne obciążenie. Serdecznie współczuję firmom, że muszą funkcjonować w takich warunkach. Ale przepraszam bardzo, czy ja mam „dopłacać” firmie X za to, że państwo na każdym kroku próbuje je okraść (ZUS, pit, cit, VAT, srat itd.)? Mam świadomość gdzie żyjemy, że pracodawcy łatwo nie mają ale przecież to nie jest żadne wytłumaczenie?! Mając ubezpieczenie zdrowotne (za które płacimy grubą kasę) i tak często musimy korzystać z prywatnej służby zdrowia, bo terminy do lekarzy są wielomiesięczne – czy ktoś nam do tego dopłaca? Oddając w podatkach pieniądze na „darmową” szkołę dopłacamy na każdym kroku do „klasowych, komitetów” i miliona innych – bardzo ważnych – rzeczy, jakieś współfinansowanie w tej materii? Co miesiąc z naszych pensji znika spora suma na „emeryturę”, która natychmiast znika i pozostaje jako ślad na papierze, a emerytury większość z nas na oczy nie ujrzy (bo nie dożyje, bo ZUS do tego czasu już dawno zbankrutuje) – może jakiś fundusz Sefora&Douglas na ten cel? Czy to wszystko jest powód, żeby dopłacać do nie swojego interesu? Oczywiście, że nie – współczujmy ale liczmy i szanujmy swoje pieniądze! I warto pamiętać, że nawet najmniejsza ilość socjalizmu jest śmiertelną trucizną. Perfumerie internetowe także owe podatki i koszty ponoszą, o czym zapominać nie można. Na rynku decydującym czynnikiem jest cena, przy różnicach rzędu kilkadziesiąt procent można dopłacać za „obsługę, salon i prestiż” ale 200, 300, 400%? To po prostu nie ma żadnego uzasadnienia.

Gdyby przedstawiona przez piratha wizja „buntu stacjonarnych” miała jakąkolwiek wartość, to… ów bunt by nastąpił. Prawda jest taka, że forma biznesu, który przyjęły stacjonarki, pomimo nakładów i kosztów – po prostu im się opłaca, bo w innym wypadku te firmy już dawno by upadły. A skoro się opłaca, czyli przynosi zysk, czyli m.in. pozwala pracować zatrudnionym tam ludziom, to… w czym tkwi problem? Naprawdę perfumeria stacjonarna jest tak istotnym źródłem informacji o perfumach, czyżby? Przyznam, że wącham bardzo wiele ale jeśli miałbym określić w jaki sposób poznaję zapachy, to w 99% są to próbki (z różnych źródeł). Wizyty w stacjonarce, żeby poznać daną kompozycję zdarzają mi się bardzo rzadko i z reguły są przypadkowe (przechodziłem obok to wszedłem). Nie prościej pozwolić zarobić komuś, „dać pracę” zamawiając próbki niż denerwować właściciela perfumerii stacjonarnej tym mitycznym, nieosiągniętym zyskiem – i być klientem zawracającym Niderlandy? 😉

W kontekście społecznym – ludzie pracują w obu „formach sprzedaży”. Nie można wartościować i mówić że ci jedni to pracownicy, którzy mają rodziny – konsumenci napędzający rynek, a w drugim przypadku, to pewnie ktoś sobie w garażu dłubie. I tu i tu jest wysiłek ludzi – płacą podatki, zarabiają i wydają, co jest dobre dla wszystkich. Likwidacja jednej firmy powoduje powstanie innej – wolny rynek, to system naczyń połączonych i jeśli na coś jest zapotrzebowanie, to jest także podaż. Lepsze/gorsze? Tak było. W poprzednim systemie.

Mam spore wątpliwości co do jakości i profesjonalizmu, który reprezentuje – wykwalifikowana przecież i wyszkolona – obsługa perfumerii stacjonarnych. Rzecz w tym, że ich szkolenia nastawione są na uzyskanie jak największej sprzedaży a nie merytoryczną znajomość tematu. Nie chodzi o to, żeby wiedzieć co się sprzedaje, ale wiedzieć co sprzedać (stąd większość konsultantów na prośbę o radę zaprowadzi was do półek z Bossami, Lacostami i innymi najnowszymi wypustami mainstreamu o najpodlejszej jakości, na którym zarabia się najwięcej). Proponuję prosty test – odwiedziny czterech perfumerii stacjonarnych i niezbyt skomplikowane pytanie wymagające odrobinę wysiłku  i wiedzy (ale niekoniecznie wielkiej) – jak myślicie w ilu przypadkach, ktoś merytorycznie wam odpowie, pokieruje? To pytanie retoryczne, zapewniam. Oczywiście nie twierdzę, że nie ma obytych konsultantów/konsultantek ale jakie jest prawdopodobieństwo, że na taką osobę traficie?  Niewielkie, a przy ponoszonych nakładach, to profesjonalizm powinien być standardem. W dodatku, skąd w tych przybytkach uczciwej pracy i wykwalifikowanej obsługi tak duża rotacja? Czyżby… nie było im (pracownikom) tam tak dobrze jak być powinno… Oj, oj ale nie bądźmy złośliwi 🙂

Czy wąchanie w stacjonarce a kupowanie w Internecie jest nieetyczne? Nie, nie jest.
W gruncie rzeczy nie ma z etyką nawet nic wspólnego. Kupowanie nie może być etyczne lub nie, bo to nie jest czynność którą można oceniać w kategoriach dobra i zła – o tym decydują najczęściej (choć nie jedynie) konsekwencje. Gdyby przyjąć taką drogę rozumowania, trzeba by po prostu uznać, że sprzedaż w sieci jest czymś złym, stąd takie działanie – logicznie  – również, a oczywiście tak nie jest. Kupując nie robimy niczego złego, tak samo jak nie jest niczym złym wąchanie testerów, które stoją w sklepie stacjonarnym. Czy nie robiąc tego ów sklep coś zyskuje? Nie. Robiąc to traci? Także nie. Analogicznie złe musiałoby być słuchanie muzyki w sklepie a później kupowanie płyty np. w Internecie. Tego się po prostu nie da w tych kategoriach przedstawić. Choć oczywiście można próbować (inaczej naturalnie ma się sprawa z kupowaniem czegoś, co np. pochodzi z kradzieży ale to osobna kwestia i tu nie zachodzi).

Krótko mówiąc (zdaje się, że krótko to i tak nie jest) nie ma absolutnie nic złego w kupowaniu perfum w Internecie. Przeciwnie, w ten sposób napędzacie rynek, dajecie pracę ludziom i sprawiacie sobie i znajomym frajdę fajnie pachnąc. No i „oszczędzacie” pieniądze, któe można wydać na kolejne flakony i dać udziom pracę i napędzić gospodarkę… 😉

zmiany, zmiany, zmiany

ChangeWybaczcie przydługą nieco przerwę w moim blogowaniu, niemniej ważkie obowiązki życiowe bla bla bla, wiecie jak jest 😉
A przechodząc do sedna nieco rozwlekłego meritum, to informuję, co następuje (poniżej):
Zaczynając spisywanie swoich przemyśleń związanych z perfumami w formie bloga przyświecała mi konkretna idea – opisywać to co czuję wąchając zapach w sposób jak najbardziej konkretny i pozbawiony fantazjowania na temat. Oczywiście musi to być z natury rzeczy subiektywne, niemniej przyjmując określony sposób testowania perfum starałem się maksymalnie zminimalizować wszystko to, co się dało, a co powoduje, że pisanie staje się tylko pisaniem, niewiele mając wspólnego z jakimiś standardami (stąd określone kategorie oceny, zachowana struktura recenzji, metodologia samych testów). Jak mniemam, raczej w większym stopniu udało mi się ten „wewnętrzny” postulat spełnić.
Z drugiej strony przyjąłem także pewną formułę bloga, który skupiać się miał na istocie, czyli samych tylko recenzjach perfum, pomijając wiele rzeczy „dodatkowych”. W praktyce blog stał się przejrzysty, wyraźny ale równocześnie skrajnie minimalistyczny – do tego stopnia, że w zasadzie poza nielicznymi wyjątkami, nic poza recenzjami na niego nie trafiało. I dobre to i nie dobre zarazem. Dobrze, bo jest to blog o perfumach a nie moich życiowych doświadczeniach, polityce czy przemyśleniach autora na przeróżne tematy tudzież insze „moje odczucia, przeczucia i obawy”. Tego nie chciałem, bo jest wiele ciekawych blogów tematycznych w sieci, gdzie to wszystko znajdziecie, a nie odczuwam wewnętrznej potrzeby uzewnętrzniania się w takiej czy innej formie, zresztą nie oszukujmy się – pisanie o perfumach także pewnego rodzaju otwarciem jest i w zakresie w jakim operuję – wystarcza mi. A więc i ten mój wewnętrzny „imperatyw” został wypełniony. A jednak taka konstrukcja obarczona jest pewną wadą – otóż blog staje się miejscem mocno „technicznym”, takim na które wchodzimy szukając konkretnej informacji o konkretnej rzeczy – w szerszym spojrzeniu może to być zwyczajnie nudne. A przecież sama formuła bloga daje znacznie większe możliwości i to bez rezygnowania z sedna rzeczy (przynajmniej tak mi się wydaje). Postanowiłem więc wprowadzić zmiany, które uatrakcyjnią czy też raczej uciekawią (bo jako rzecz całkowicie niekomercyjna blog nie musi szukać atrakcyjności w sensie produktu potencjalnie pożądanego przez konsumenta), to co od kilku lat udaje mi się stworzyć.
Cóż to oznacza w praktyce? Nowe artykuły, związane z perfumami ale nie będące pojedynczymi recenzjami ale stanowiącymi cykle tematyczne. I tak wkrótce pojawią się „przeglądy”, np. przegląd dostępnych na rynku wetiwerowców, czyli perfum opartych na tej dominującej nucie (naturalnie nie wszystkich istniejących). W ramach takiegoż przeczytacie recenzje różnych zapachów, jednakże tworzące konceptualną całość (w formie jednego artykułu lub podzielone, to zależy). Znajdą się w nim zarówno kompozycje mainstreamowe jak i niszowe, aczkolwiek dominujący na blogu nurt pt „mainstream” – takim pozostanie, po prostu mamy wybór więc warto i o tym – co niekoniecznie (choć ostatnio coraz częściej) na półkach perfumerii stacjonarnych stoi – wiedzieć. Mam pomysły także na inne przeglądy tematyczne ale zdecydowanie nie zobaczycie wielkiego testu zapachów świeżych, nieświeżych bądź wieczorowych, bo przy ilości pojedynczych pachnideł w tak szeroko rozumianej kategorii, nie byłoby to w żaden sposób wiarygodne czy miarodajne. Za to Eksperyment cz. 2 (dotyczący perfum niszowych) – jak najbardziej (zresztą inne „eksperymenty także, bo chciałbym wykorzystać tę koncpecję szerzej)! Przegląd świeżaków nietypowych (wedle mego nosa)? A pewnie! I jeszcze kilka innych, na które pomysły mam, a których nie zdradzę, co by niespodzianka była. Drugą kwestię stanowią wpisy, które nie stanowią recenzji, przeglądów itp. a z zagadnieniem świata zapachów są bezpośrednio związane. Szczerze mówiąc unikałem do tej pory pisania o perfumeryjnych nowościach, robienia zestawień i przeglądu rynku pod różnymi kątami. Jakoś mnie to nie pociąga, nowe perfumy z reguły są niewiele warte (choć zdarzają się wyjątki i wtedy wcześniej czy później moja recenzja się pojawia), a ja osobiście nie palę się do ich testowania (z wymienionych względów, wcześniej czy później próbka takiej „nowości” i tak do mnie trafi) niemniej mam świadomość, że dla czytelników mogłoby to być (i zapewne by było) interesujące. Więc..? Przyjmijmy, że i takie zestawienie raz w roku się pojawi, co byśmy z tematu nie wylecieli (oczywiście cały czas mowa o perfumeryjnym mainstreamie). Co jeszcze? „Pachnący Ring”, czyli X konta Y (i niech mi któraś paskuda pomysł skopiuje!) – idea jest prosta, czyli bierzemy dwóch zawodników w podobnej kategorii wagowej (np. świeżak, drzewiak, inszy dziwak etc.) i robimy test porównawczy w ściśle określonych kategoriach (rundach): kompozycja, oryginalność (a raczej wtórność), jakość, projekcja, trwałość, i co tam jeszcze wymyślę (bo pomysł powstał właśnie teraz w momencie pisania tego tekstu). A na koniec punktacja i wskazanie zwycięzcy. Myślę, że może to być o tyle ciekawe, że primo: formuła opisu jest nieco inna, secundo: zestawiając w ringu dwa zapachy często ze sobą porównywane od razu dostaniecie odpowiedź (oczywiście belora, ale jednak według konkretnych reguł) co lepsze, a przynajmniej bardziej warte zainteresowania. W przypadku remisu sam pozwolę sobie wskazać zwycięzcę, wedle własnego upodobania, co naturalnie możecie potraktować pomimo.
Chyba tyle pomysłów – ma być po prostu bardziej różnorodnie, jak wnoszę powinno to wszystko nieco ożywić bloga, i jakkolwiek rewolucji nie będzie, to myślę, że to kierunek w którym będę się starał podążać. Jeśli macie jakieś propozycje, piszcie (ci co umią i się chce im 😉

Update
Wychodząc naprzeciw propozycji kolegi unisex pod recenzjami pojawi się dodatkowa „kategoria” – „podobne”.