ogródek Pana Li

hermesBardzo i lubię i cenię wszystkie ogródki pana Elleny. Może nie aż tak, żeby je nosić bo jednak Hermes ceni się mocno a i same perfumy w koncentracji EdC nie grzeszą parametrami, jednak cieszą mój nos niepomiernie, zawsze gdy się spotykamy. Jak tu nie lubić tego ujmującego minimalizmu, zawartego w specyficznym, nieco warzywnym sznycie Jean Claude Elleny?

Zeszłoroczna premiera kolejnego w serii ogrodów, tym razem nawiązuje do wschodnich, azjatyckich klimatów – jak nazwa perfum sugeruje, działkę uprawia sobie bowiem pan Li, a jak wiadomo to nazwisko wręcz stereotypowo chińskie. Szczerze mówiąc nie mam żadnych skojarzeń w tym zakresie, o ile Nil czy Morze Śródziemne pewne konotacje wywołują, to w kwestii Chin jedyne co mi się kojarzy, to kolor żółty…
I co? Bingo! Le Jardin de Monsieur Li, to woń świeża, zielona (szczególnie w otwarciu) ale dość szybko ewoluująca właśnie w kierunku koloru żółtego. Nie ma tu klasycznych nut, tylko trzy składniki tworzą jednorodny aromat, który mimo tego i tak się zmienia. Być może to kwestia kumkwatu i jaśminu (mięta nie należy do trwałych akordów, zresztą tu tylko muska otwarcie) ale żółć (niestety nieco zbyt chemiczna czy też „toaletowa”) jest dominująca. Chyba tak powinno być, prawda?
Jak zwykle w ogródkach jest rześko, inaczej niż gdzie indziej, swobodnie i radośnie. To takie zapachy, które chce się nosić – wprowadzają w dobry nastrój. Nie inaczej jest w przypadku Le Jardin de Monsieur Li, który dodatkowo jest subtelnie wilgotny i jasny.

Parametry oraz kwestie użytkowe, jak wiecie nie są dla marki Hermes priorytetowe, liczy się sztuka i wartość emocjonalna zapachu, choć spokojnie na 5-6 godzin w jego towarzystwie możecie liczyć, podobnie jak w pozostałych produktach z serii. Ciekawostką dla mnie było, że mocniej odczuwałem woń po jej rozwinięciu niż w początkowej fazie, tak projekcja także jest wystarczająca.

Przydało by się jakoś podsumować powiem więc, tak – z pośród wszystkich botaników Elleny, ten podoba mi się najmniej. Po raz piąty trudno być równie odkrywczym co wcześniej, to jedna rzecz. Druga sprawa, zapach nie wyróżnia się aż tak bardzo jak poprzednicy, nie jest „zwyczajny” ale zdecydowanie bliżej mu do tego pojęcia niż prekursorom. Nie też jest słaby ale gdybym miał jakoś uszeregować bohaterów serii, to zapewne znalazł by się na ostatnim miejscu.
Choć nie dajcie się zwieść, to wciąż bardzo dobre i ładne perfumy, które na rynku mainstreamowym pozytywnie się wyróżniają!

Podobne: odrobina skojarzeń z toaletowym Giorgio

Kompozycja: 4(-)
Moc: 3(+)
Trwałość: 3(+) 4(+)
Flakon: 5
SOB: 4(-)

Nuty: mięta, kumkwat, jaśmin.

edit: jeszcze pachnie (siódma godzina), czyli jest lepiej niż pierwotnie odebrałem. Ocena w kategorii w górę.

Reklamy

ultrachłop

ultraCzy Ultra Male Jeana Paula Gaultier jest rzeczywiście ultra męski? Czy może jest „oryginalną” wersją w formie „ultra”?

W sumie – ani jedno ani drugie, choć przyznać trzeba, że w bardzo „współczesny” sposób jest to zapach dosyć hardkorowy. Zarówno trwałość jak i moc są grubo powyżej dzisiejszych standardów – od rana do wieczora macie zapewniony ogon, bezlitośnie chlastający mijanych przechodniów po twarzy. Sam aromat wściekle atakuje waniliową słodkością, nawet przez chwilę nie gibając się przy tym i niebezpiecznie orbitując nad półką z napisem „for women” – to jednoznacznie męski zapach. Nic naturalnego także Ultra Male w sobie nie ma – to wypust nowoczesnej, syntetycznej perfumerii – trudno uznać to za wadę, bo sumie jakoś przesadnie nie męczy, choć tylko przy założeniu, że wam się spodoba. W innym wypadku… cóż, zwyczajnie zadusi a dla pewności dociśnie pętlę na nosie. W sumie ultrachłop stoi na półce obok 1 Milliona i wielu innych jemu pokrewnych, choć w żadnym razie nie jest jego klonem.

Czy jest podobny do protoplasty? I tak i nie. Z jednej strony zachowuje jego gęsty, duszny (wręcz mdły) i słodki klimat – waniliowo-lawendowy motyw przewodni pozostał nienaruszony, z drugiej jest to kompozycja bardziej rozbudowana, może nie barokowa a jednak wyraźnie daje się wyczuć dodatki. Wadą jest, że nieco się one zlewają nie ma mowy o jakiejkolwiek selektywności ale biorąc pod uwagę wspomnianą już syntetyczność kreacji, można to zrozumieć. Może JPG nie pachnie przesadnie elegancko ale mimo wszystko, to zapach z większą klasą niż poprzednik, zaryzykuję tezę, że da radę tam gdzie kompletnie nie nadaje się poprzednik. Oczywiście naturalnym żywiołem pachnidła jest mroźna aura ewentualnie klimaty klubowe (choć obawiał bym się lata). A jakież to „dodatki” zapytacie? Ano nieco zmieniono otwarcie, różnie się ludziom kojarzy dla mnie jest jaśniejsze zapewne za sprawą gruszki. W sercu mocno daje cynamonem, baza z kolei… nie zachwyca mdławą i chemiczną ambrą.

Co by nie mówić Jean Paul Gaultier Ultra Male, to udane perfumy, które znajdą wielu amatorów. Nie mój cyrk i nie moje małpy ale nie docenić, szczególnie w kontekście współczesnej mainstreamowej mizerii, byłoby niewdzięcznością.

Podobne: wszystkie wcześniejsze wypusty JPG z serii, 1 Million (klimatem), Black Soul itd.

Kompozycja: 3(+)
Moc: 5(-)
Trwałość: 5(-)
Flakon: 4
SOB: 4

Nuty:
Umysł: bergamotka, gruszka, mięta, lawenda, cytryna,
Serce: cynamon, szałwia muszkatołowa, kminek,
Baza: wanilia, ambra, cedr, paczula.

Spot nawiązuje nawet dość pomysłowo do wcześniejszego (z reklam Le Male) motywu „marynarza” – uśmiechło mnie to, więc ogólnie zaliczam na plus.

ocean w butelce po Ludwiku

oceanPo Ocean od Demeter spodziewałem się… sam nie wiem czego, no bo niby jak pachnie ocean?
Tymczasem tuż po skropieniu poczułem kawał chemii, który sprawił że skrzywiłem się niemiłosiernie uznając iże cokolwiek próbka zwietrzałą/zepsutą być musi. Minęło kilka minut niuchnąłem ponownie i… konsternacja. Pachniało… oceanem? Wodą? Morzem? Nie wiem sam jak to określić ale skojarzenia były jednoznaczne z jednej strony, boć to mokre było ale i bardzo niejednoznaczne z drugiej, bo poza nutą „wodną” mój nos niczego nie wyłapywał i rozpoznawał. Ani to słone ani słodkie, trochę plastikowe ale dziwacznie – nie wprost, jakby to ukryć chciało.

Jakby nie było Ocean od Demeter pachnie w sposób dziwny, przywołuje jakieś obrazy niejasne (plaża, zatoka -?) ale trzyma się tematu na swój specyficzny sposób. Może to droga do oddania klimatu dużej ilości H2O? Pojęcia nie mam ale jak na koncept zapachowy – jest zdecydowanie dobrze. Natomiast całkowicie jest niedobrze w kwestiach użytkowych – nie nadaje się zupełnie do noszenia, bo pachnie przez godzinę, może dwie  w efemerycznie i ulotnie.

I chyba tyle, ciekawostka warta poznania przy okazji ale na pewno nie perfumy użytkowe.

Podobne: hmm…

Kompozycja: 3(+)
Moc: 1(+)
Trwałość: 1(+)
Flakon: 3(+)
SOB: 3(-)

Nuty: woda morska, sól, piasek.

biała goryczka

gbZa każdym razem ilekroć sięgam po perfumy marki Hermes wiem, że będzie to ciekawe spotkanie. Obok mojego ukochanego Lalique, to chyba druga marka w mainstreamie, która tak mocno się wyróżnia. Zapachy sygnowane nazwą rzymskiego boga są po prostu inne od wszystkiego innego. Odmienne inaczej niż Lalique, bo olfaktorycznie penetrują krańcowo różne rejony ale paradoksalnie także w ten sam sposób – są specyficzne, takie „swoje”. Może zasługa w tym nosa Jean-Claude Elleny, który nieodzownie kojarzy mi się właśnie z tym brandem (i oczywiście skomponował opisywane pachnidło)? Jego mistrzowski minimalizm i charakterystyczny rys nie pozostawiają obojętnym – kochasz albo nienawidzisz, jakież to nasze, polskie, sercu bliskie – nieprawdaż..?

Ale ale, my tu gadu gadu a na nadgarstku stygnie właśnie Eau de Gentiane Blanche, czyli minimalistyczny koncept zapachu świeżego w najlepszym możliwym wydaniu. Pozbawiony cytrusów, nut pseudo morskich i para-wodnych, Gentiane Blanche to aromat urzekający intensywnie aromatyczną lekkością ziół, rześki i optymistyczny. Niby jasny i przestrzenny ale z odrobiną osobliwego hermesowego (tudzież Ellenowego) „niepokoju”.
Kompozycyjnie to mistrzostwo – tylko cztery składniki ale dobrane w tak komplementarny sposób, że efekt po prostu urzeka. Goryczka (ziele) – wbrew nazwie nie jest gorzka, raczej całkowicie pozbawiona słodyczy ale to moje indywidualne odczucie. Irys (kwiat) – zazwyczaj nachalny tutaj ujęty w ryzy formy buduje klimat a w połączeniu z piżmem (to również subtelnie „szamponowy” akord) równoważy ziołową „gorycz”. No i kadzidło. Kadzidło? W „świeżaku”?? Tak! I to jak!? W tle snuje się wyraźnie wyczuwalna woń lekko przygasłego, rozproszonego przez wiatr kadzidła. Efekt? Jak możecie sobie wyobrazić – niecodzienny. I co najważniejsze – wszystko to razem pachnie pięknie.goryczka

Wady? Oczywiście, musi być równowaga w naturze, doskonałość jest wszakże nudna i nie redukuje się do zera, więc wymienię dwie. Parametry techniczne – mamy treść, zawodzi forma, bowiem zapach jest ulotny i nietrwały, w porywach może 4-5h na nosicielu w dodatku dość efemerycznie objawia się światu (edc). No i cena, Hermes do tanich marek niestety nie należy, więc chcąc się nim cieszyć trzeba wydać prawie 300 złotych a to dużo. Cóż, coś za coś – na pocieszenie rzeknę, iż będą to dobrze wydane pieniądze.

Czy polecam? Oczywiście! Nawet jeśli nie nosić, to przynajmniej powąchać – zdecydowanie warto!

Podobne: mówią, że Fleur du Matin od Miller Harris. Nie wiem… Testowałem (choć recenzja gdzieś zaginęła) – klimat podobny, też ziołowy ale ujęcie jednak odmienne.

Kompozycja: 5(-)
Moc: 2(+)
Trwałość: 3(-)
Flakon: 4
SOB: 4(+)

Nuty: goryczka, irys, piżmo, kadzidło.

PS. Flakon nie jest piękny ale bardzo intrygujący.
PS2. Kwiat goryczki ma niesamowity, głęboki (na ile je rozróżniam) niebieski kolor.

imbirówka

imbirLubicie imbir? Jeśli naciąć i powąchać korzeń – pachnie dość ostro, lekko gryząco nawet ale aromatycznie i ciekawie zarazem. Składnik ten jest nadużywany przez producentów perfum w wersji słodko-syntetycznej – prostackiej i z reguły nieciekawej. Co innego koncepty oparte na nim oparte -zdarzają się tu perełki. Niewątpliwie Roger&Gallet Gingembre stoi po jasnej stronie mocy.

Perfumy o kompozycji skrajnie prostej – imbir z delikatną tylko domieszką bergamotki, dość szybko zamienia się w zapach aromatyczny, delikatnie słodkawy, pozbawiony ostrości imbiru. Monolit – żadnych przejść, zmian, od początku do końca to samo. Że mało? Wierzcie, że wystarczy, bo i tak pachnie bardzo ładnie i naturalnie. To woń bardzo jasna i pełna przestrzeni, z kategorii tych polepszających nastrój – uroczy uniseks, którym można sobie poprawić humor, ot.

Podobnie jak większość pachnideł Roger&Gallet, także Gingembre to woda odświeżająca (eau fresh), czyli mgiełka. Ma to niestety tę wadę, że kompozycja jest wyjątkowo nietrwała i ulotna i to nawet jak na ten rodzaj produktu. Przypomnę, że równie udane Bois d’Orange radziły sobie pod tym względem znacznie lepiej, tutaj aby uzyskać jakikolwiek efekt trzeba się dosłownie zlać perfumami (a rezultat i tak nie będzie rewelacyjny), na szczęście są one bardzo tanie, więc nieco to ratuje sytuację.

Gdyby tylko pachnidło miało odrobinę lepsze parametry techniczne, to poleciłbym je szczerze każdemu, komu imbir brzydkim nie jest, ponieważ jednak jest jak jest, to bardziej olfaktoryczna ciekawostka ale i tak warta poznania.

Podobne: np. niektóre wersje od Demeter,

Kompozycja: 4(-)
Moc: 2(+)
Trwałość: 2(-)
Flakon: 4(+)
SOB: 4(-)

Nuty:
umysł: neroli, imbir, bergamotka,
serce: imbir, ambra,
baza: benzoina, piżmo.

Po prostu cud! Owny.

MArwelous-Spray

Dokładnie wiedziałem czego się spodziewać po Al Haramain Marvelous i dokładnie to dostałem. Perfumy marek ”arabskich” wypuszczane na europejskie rynki stają się coraz bardziej przewidywalne podobnie jak kolejne wypusty mainstreamowe „starych”, rodzimych producentów. Dominują dwie drogi – bogaty, słodki, upojny orient – w różnych wydaniach ale łatwo przyswajalny dla nosa albo kolejna wariacja na temat (najczęściej) różanego oudu i pochodnych. Biorąc pod uwagę bardzo dobre parametry i jakość tych produktów – trudno się czepiać, każdy znajdzie coś dla siebie, choć owa schematyczność nieco razi (przynajmniej mnie).

Marvelous wyłania się z bramki numer jeden. Jakoby uniseks ale nie dajcie się zwieźć, to kompozycja stricte kobieca kwiatowo-owocowa z intensywną domieszką brzoskwini. Kwiatów jest wiele i mieszają się tworząc nieco dziwny miks (bardzo orientalne karo karoundé i ylang ylang – ?), który może zakręcić w głowie, a już na pewno w nosie. Jego specyficzność jest zarówno wadą jak i zaletą, bo z jednej strony jest charakterystycznie z drugiej… nie każdemu ta charakterność przyjazną będzie (mówiąc wprost – może drażnić). Monolit, praktycznie rzecz biorąc do końca pachnie akordami, którymi raczy w otwarciu, osiada się z czasem na skórze lawirując w lekce piżmowe rejony ale nie porzucając swojego kwietnego sedna. Ważne, że nie leje słodyczą na prawo i lewo, kwiatuszki nie pachną co prawdaż przesadnie naturalnie ale nie ma powodów do narzekań, jest to… nowoczesne ich ujęcie.
Ładnie pachnie? Hmm… jestem w stanie sobie wyobrazić intrygującą Panią w tym zapachu ale z pewnością nie jest to woń dla każdej białogłowy. Może to zaleta? …ok – ładnie pachnie, mimo wszystko.

Standardowo w przypadku „arabów” wionie długo i dość intensywnie. Kosztuje niewiele, a jakością nie ustępuje innym bardziej nam uznanym markom, więc z punktu widzenia ekonomiczno-pragmatycznego jest to doskonały wybór (tutaj „europejczyki” dają ciała na całej linii i startu nie mają).

Jeśli jesteście Paniami (lub „otwartymi” Panami) szukającymi względnie uniwersalnego zapachu a równocześnie z charakterkiem, który mógłby stać się waszym signature scent i kierujecie swój wzrok akurat w te rejony olfaktoryczne, to polecam wypróbować. Cała reszta ludziów – niekoniecznież.

Podobne: orientalne kwiatki arabskich marek: Al Haramain, Ajmal, Amouage (czemu one wszystkie są na „A” – ?),

Kompozycja: 4(-)
Moc: 4
Trwałość: 4(+)
Flakon: 3(-)
SOB: 3(-)

Nuty:
Umysł: brzoskwinia, zielona nuta, ananas, mango, śliwka, bergamotka, aldehydy, róża,
Serce: róża, korzeń irysa, jaśmin, rezeda, konwalia, geranium, ylang-ylang, karo karoundé,
Podstawa: piżmo, drzewo sandałowe, bursztyn, cedr, paczuli, róża, wanilia.