Jean Paul Gaultier

ultrachłop

ultraCzy Ultra Male Jeana Paula Gaultier jest rzeczywiście ultra męski? Czy może jest „oryginalną” wersją w formie „ultra”?

W sumie – ani jedno ani drugie, choć przyznać trzeba, że w bardzo „współczesny” sposób jest to zapach dosyć hardkorowy. Zarówno trwałość jak i moc są grubo powyżej dzisiejszych standardów – od rana do wieczora macie zapewniony ogon, bezlitośnie chlastający mijanych przechodniów po twarzy. Sam aromat wściekle atakuje waniliową słodkością, nawet przez chwilę nie gibając się przy tym i niebezpiecznie orbitując nad półką z napisem „for women” – to jednoznacznie męski zapach. Nic naturalnego także Ultra Male w sobie nie ma – to wypust nowoczesnej, syntetycznej perfumerii – trudno uznać to za wadę, bo sumie jakoś przesadnie nie męczy, choć tylko przy założeniu, że wam się spodoba. W innym wypadku… cóż, zwyczajnie zadusi a dla pewności dociśnie pętlę na nosie. W sumie ultrachłop stoi na półce obok 1 Milliona i wielu innych jemu pokrewnych, choć w żadnym razie nie jest jego klonem.

Czy jest podobny do protoplasty? I tak i nie. Z jednej strony zachowuje jego gęsty, duszny (wręcz mdły) i słodki klimat – waniliowo-lawendowy motyw przewodni pozostał nienaruszony, z drugiej jest to kompozycja bardziej rozbudowana, może nie barokowa a jednak wyraźnie daje się wyczuć dodatki. Wadą jest, że nieco się one zlewają nie ma mowy o jakiejkolwiek selektywności ale biorąc pod uwagę wspomnianą już syntetyczność kreacji, można to zrozumieć. Może JPG nie pachnie przesadnie elegancko ale mimo wszystko, to zapach z większą klasą niż poprzednik, zaryzykuję tezę, że da radę tam gdzie kompletnie nie nadaje się poprzednik. Oczywiście naturalnym żywiołem pachnidła jest mroźna aura ewentualnie klimaty klubowe (choć obawiał bym się lata). A jakież to „dodatki” zapytacie? Ano nieco zmieniono otwarcie, różnie się ludziom kojarzy dla mnie jest jaśniejsze zapewne za sprawą gruszki. W sercu mocno daje cynamonem, baza z kolei… nie zachwyca mdławą i chemiczną ambrą.

Co by nie mówić Jean Paul Gaultier Ultra Male, to udane perfumy, które znajdą wielu amatorów. Nie mój cyrk i nie moje małpy ale nie docenić, szczególnie w kontekście współczesnej mainstreamowej mizerii, byłoby niewdzięcznością.

Podobne: wszystkie wcześniejsze wypusty JPG z serii, 1 Million (klimatem), Black Soul itd.

Kompozycja: 3(+)
Moc: 5(-)
Trwałość: 5(-)
Flakon: 4
SOB: 4

Nuty:
Umysł: bergamotka, gruszka, mięta, lawenda, cytryna,
Serce: cynamon, szałwia muszkatołowa, kminek,
Baza: wanilia, ambra, cedr, paczula.

Spot nawiązuje nawet dość pomysłowo do wcześniejszego (z reklam Le Male) motywu „marynarza” – uśmiechło mnie to, więc ogólnie zaliczam na plus.

kuku ryku!

kokoricoPewnie każdy, kto choć trochę interesuje się tematyką perfum zna zapach Le Male marki Jean Paul Gaultier (ten kto się nie interesuje zapewne też poznał – chcąc nie chcąc czuł go nie raz na ulicy tudzież w tramwaju). Po tej przełomowej dla wielu kompozycji, Jean Paul wypuścił jeszcze wariację pt Fleur du Male i w zasadzie to tyle w kwestii pachnideł męskich w portfolio tego domu. Przez kilka lat brand odcinał jedynie kupony od sukcesu Le Male‚a wypuszczając kompletnie nic nie wnoszące flankery, różniące się od niego kolorem butelki lub inną równie ważką cechą. Od jakiegoś czasu krążyły pogłoski o zupełnie nowej kompozycji firmy skierowanej do panów i wreszcie po długim wyczekiwaniu i jeszcze większych oczekiwaniach w 2011 pojawił się Kokorico. I wywołał bardzo mieszane reakcje.

A tymczasem jest to bardzo ładny, urokliwy wręcz – autentycznie męski zapach, co stanowi miłą odmianę, biorąc pod uwagę, że w przypadku Le Male pojawiały się pewne „wątpliwości” co do jego specyficznej interpretacji „samczości”. Kompozycja to bardzo prosta, oparta na trzech płynnie zmieniających się i przenikających nutach, ujmuje swoją świeżością i lekkością, co nadaje jej uniwersalny charakter, a równocześnie nie staje się przez to nijaka czy miałka. Kokorico = kakao, tworzy ono motyw przewodni, w zasadzie cały koncept na pachnidło można by zamknąć w tym jednym słowie. Na szczęście, bo za ową wonią nie przepadam, ziarna kakaowca świetnie równoważy nadający całej konstrukcji świeżości i finezji liść figi – podkreślam – liść. To nie owoc ale jej zielona odnoga, jeśli chcecie wiedzieć jak pachnie, to wyobraźcie sobie woń świeżo roztartych w dłoni listków mięty i bazylii – to coś pomiędzy, ale właściwie jeszcze nie to 😉 „Tradycyjne” rzec by można, wetyweriowo – cedrowe zejście z wyeksponowanym drewienkiem – ładne, drzewne i płynnie wkomponowujące się w zamysł twórcy (czyli nie byle kogo, bo działał tu duet Olivier Cresp i Annick Menardo i sądząc po ostatnich dokonaniach pani Menardo, to wyraźnie ewoluuje ona w swoich pracach w innym kierunku niż dotychczas). Jest tu jeszcze paczula, która snuje się jak wąż, w wydaniu nie charakterystycznym sobie małopleśnym, zielonkawym. A wszystko subtelnie słodkawe i aromatyczne. Pachnie to wszystko bardzo przyjemnie i dosyć intrygująco, choć często używane w reklamach słowo „afrodyzjak”, na myśl by mi nie przyszło. czkolada-2
Niewątpliwie nasuwają się porównania. W pierwszej kolejności do Le Male, czego uniknąć się nie da ale spokojnie można darować, bo to zupełnie inna kategoria zapachu, odmienny sposób ujęcia – o wiele dojrzalszy i równie ciekawy. Nie ma tu hałasu czynionego przez nieokrzesanego młodzieńca, który wdziera się na salon i krzyczy: „no to k.. jestem!”, raczej wyraźne zaznaczenie faktu wejścia przez drzwi (niekoniecznie frontowe) dojrzałego faceta, który jest natychmiast zauważany, bez wszczynania niepotrzebnego zgiełku.
A inne „kakaowce”? Najczęściej pojawiający się w porównaniach L’Instant Extreme Guerlain’a? Nie sądzę. To inna bajka, nie ta para kaloszy, zbyt różne ujęcie tematu. Nie wiem czy pokusiłbym się o postawienie pytania o inspirację nawet? Chyba nie, nawet jeśli była, to odległa. Kakao jest po prostu na tyle charakterystyczną ingrediencją, że w jakikolwiek sposób byśmy go nie ujęli w formie lajtmotivu, to zawsze będzie się kojarzyć z czymś co już wąchaliśmy, a co je zawierało i kropka. Inaczej się nie da.

Perfumy są trwałe, spokojnie przeżywają wraz z nami cały dzień, czyli ok 9-10 godzin, choć nie są aż tak ogoniaste jak starszy brat – projektują wyraziście ale bez przesadyzmu i chyba dobrze, bo to zupełnie nie ten rodzaj pachnidła, co tamten. O wiele więcej tu klasy i szyku, mniej zamieszczania.

Podsumowując, ostatnia (nie licząc flankera, który oczywiście już zdążył się pojawić – wersja by Night) propozycja JPG, to bardzo udany produkt, świetnie łączący wymagania masowego odbiorcy z odrobinką oryginalności, coraz rzadziej spotykanej na półkach massmarketu. Równocześnie Kokorico pokazuje jak nie wiele trzeba, by w minimalistyczny sposób „zrobić” dobre perfumy, które niekoniecznie będą się podobać wszystkim ale wciąż pozostają bezpiecznym wyborem dla każdego. Czy spełniły oczekiwania? Zależy czego się spodziewaliście. Rewolucji nie ma ale jest co najmniej dobrze.

Kompozycja: 4(+)
Moc: 4
Trwałość: 5(-)
Flakon: 4
SOB: 4

Nuty:
umysł: liść figi,
serce: kakaowiec, paczula,
baza: wetiwer, cedr.

PS. Sie pewnie zastanawiacie co z flakonem? No cóż, w tym względzie JPG nie zawiódł – jest jak wcześniej i kiczowato i chałaśliwie i rzucająco się w oczy, ale ciekawie przy tym a chyba o to chodzi, nie?

PS2. Czemu akurat „Kokorico„? Ponoć  we francji to kogut jest atrybutem męskości… cóż, co kraj to obyczaj.

Się wam podoba? Nieco męcząca, piórzasta maniera, do tego anorektyczny model w którym męskość jest trudna do identyfikacji (ale wierzmy, że gdzieś tam jest). Niech se chłopak poskacze, choc korespondencja z samym zapachem jest mała. 

Samiec

Zmieniamy klimat. I to dosyć diametralnie, bo po poprzednich potyczkach tym razem rzuca nas w rejony mass’owe i mass’marketowe w najbardziej ewidentnym i efektownym wykonaniu. Panie i Panowie:  Jean Paul Gautier – Le Male.

Moja przygoda z tymi perfumami rozłożona jest w czasie i składa się z trzech etapów. Jak chyba każdego – w taki czy inny sposób, także i mnie spotkała przyjemność powąchania kompozycji pana Francisa Kurkdjiana (nie wpadając w kolejną dygresję – prawdziwy geniusz i wybitny nos) i było to dobrych kilka lat temu „przelotem” w perfumerii. Wrażenia z tamtego czasu nie odnotowałem żadnego, a przynajmniej niewiele zapamiętałem. Kilka lat później a mniej więcej około roku temu, przypadkiem w łapki wpadł mi oryginalny testerek niebieskich perfum i po jego przetestowaniu (do czego wcale mi się jakoś nie spieszyło – nawiązując do wcześniejszych doświadczeń – swoje odleżakował) stwierdziłem – muszę mieć flakon na półce! Czym mnie ujął? Trudno to zdefiniować w kategoriach stricte zapachowych, ale Le Male którego wtedy testowałem był kompozycją tak wesołą i pozytywną, wręcz głupkowatą w swojej radości, że nie mogłem się temu oprzeć! Sam nie wiem, czy z próbką było coś (nie)tak czy może mój odbiór wtedy był tak mocno zmieniony, niemniej trafił na listę zakupową. Niestety perfumy należą do tych droższych (i żadne czary tu nie pomogą), w związku z czym swoje odczekał, aż pewnego dnia pożądany kadłubek o pojemności 75 dumnie stanął w szafce. I zasadzie od tego momentu zaczyna się właściwy opis tego zapachu, bo dopiero wtedy miałem pełną możliwość ponoszenia go na sobie i przetestowania. Co ciekawe, ale równocześnie i smutne – Le Male okazał się inny niż wtedy, kiedy zarażał mnie swoją radością. Był znacznie bardziej przyziemny, cięższy, „zmruszały”. W końcu się rozstaliśmy, bo jakkolwiek jest to bardzo dobra kompozycja i już klasyka dziś, to jednak nie cieszył mnie, a sam aromat choć świetny, to nie taki abym chciał go mieć na stałe.

Woda skomponowana została w 1995 r. w dekadzie, którą uważam za najlepszą w perfumiarstwie, najbardziej kolorową i odkrywczą. I oczywiście taki był również Le Male. Zapach skrajnie prosty, monolityczny, pachnący praktycznie od początku do końca tak samo, a jednak – rewelacyjny! Nie było w nim nic odkrywczego jeśli chodzi o ingrediencje natomiast to jak je zaserwowano… no cóż, to było zupełnie inne spojrzenie na męskie zapachy klasycznego ujęcia, ale również inne od reszty słodkich zapachów, których wówczas nie brakowało.
Zamiast opisywać jak pachnie i z czego składają się poszczególne akordy, powiem tak – nie wypada tego nie powąchać, więc najprościej będzie pójść do stacjonarnej perfumerii i niuchnąć blotter. Zresztą i tak z dużą dozą prawdopodobieństwa już go gdzieś czuliście, bo jest masowo podrabiany i trudno się o niego nie „otrzeć”, biorąc również pod uwagę bardzo dobrą „ogoniastą” projekcję i całodniową trwałość.

Wanilia, pomarańcz (kwiat), bergamotka i odrobina cynamonu – efekt? Bardzo ładny, słodki i wyrazisty aromat, nasuwający wiele skojarzeń, podsypany pudrem, nieco bezczelny, trochę chłopięcy taki „psotny”. Paradoksalnie – męski i to bardzo, wręcz samczy choć raczej nie tyle użytymi składnikami, co sposobem ich ujęcia, pewną nachalnością. Zmysłowy? Zdecydowanie. Wręcz duszny, a równocześnie przywołujący jakieś mętne, niesprecyzowane może nawet nieco wyuzdane skojarzenie…
Cechą charakterystyczną (nie tylko zresztą tego, ale także innych męskich zapachów JPG) jest flakon w kształcie męskiego kadłubka. Kontrowersyjny w kwestii estetyki, bo niektórzy uważają go za szczyt kiczu, inni mają zdanie przeciwne. Mi nie przeszkadza, więcej uważam że to dobry pomysł, rozpoznawalny i atrakcyjny, który stał się swego rodzaju rozpoznawalnym symbolem całej linii, jak i marki.

Nie wypada (choć w sumie nie trzeba) nie wspomnieć w jego kontekście o późniejszym Fleur du Male, który jest kompozycją zupełnie inną, penetrującą odmienne obszary olfaktoryczne i w sumie poza marką, zbliżona nazwą i flakonem, nie mającą zbyt wiele wspólnego z błekitkiem. Warto mieć to na uwadze, a o Fleur możecie również poczytać we wcześniejszej recenzji.

Ciekawostką odnoszącą się już bezpośrednio do moich wrażeń po dłuższym kontakcie z Le Male, był fakt, że skóra dość szybko go spacyfikowała. Efektem tego była umiarkowana emisja (o ogonie nie ma mowy) i co najwyżej dobra trwałość. trochę mnie to zaskoczyło, ale tak to już bywa i chyba nie jest to żadna wada.
Flakon z niewielkim ubytkiem trafił do kolejnego zaczarowanego kompozycją Kurdijana, bo co by nie myśleć, to kawał dobrych perfum.
A jednak mnie w końcu znudził.

Kompozycja: 5
Moc: 5
Trwałość: 5
Flakon: 4(+)
SOB: 4(-)

Nuty:
umysł: mięta, artemizja, kardamon, bergamota.
serce: lawenda, kwiat pomarańczy, cynamon, kminek.
baza: drewno sandałowe, wanilia, cedr, tonka, ambra.

spot utrzymany w klimacie w jakim obracała się stylistyka reklamowa zapachu, niezbyt odkrywczy ale nie razi

Kwiaty…

Z pewnością każdy z was zna „Le MaleJean Paul’a Gaultier’a. Jeśli nie świadomie – z oryginalnego flakonu, to zapewne z dziesiątek podróbek dostępnych na rynku, które czuć na co drugiej ulicy. Zapach, jeden z tych, które padły ofiarą swojego sukcesu – stały się tak znane i popularne, następnie masowo podrabiane, aż w końcu zaczęły uchodzić za coś „obciachowego”. Taki los spotkał Joop homme, Fahrenheit od Diora czy Cool Water’a i kilka innych dobrych (choć nie tylko dobre kompozycje są masowo powielane), w tym wspomnianego przed chwilą Le Male. A swoją drogą ciekawe, że nasze drogi do tej pory nigdy się nie zeszły na tyle, abym napisał recenzję tej wody, ale wszystko jest do nadrobienia, więc i tego możecie się spodziewać w przyszłości. Dlaczego więc pisze o perfumach, które przecież wcale nie są tematem dzisiejszej recenzji?

Fleur du Male, to drugi bardzo znany zapach z zaplecza JPG. O ile jednak Le Male był aromatem mocnym, słodkim i bardzo podobającym się, to FdM takiej kariery już nie zrobił, mimo, że jest równie o ile nie bardziej ceniony wśród perfumoholików. To po prostu trudniejszy aromat, wymagający bardziej wyrobionego nosa, żeby docenić jego kompozycję trzeba poświęcić więcej czasu. I nie każdemu się podoba, a często – zdecydowanie się nie podoba.

Konstrukcja zapachu opiera się na specyficznym połączeniu kilku składników, z których podstawowym i obecnym prawie przez cały czas jest pomarańcz. Otwarcie daje po nosie mocnym akordem pomarańczowym właśnie, utrzymanym w klimacie lekko toaletowym – nie jest to świeży owoc ani taki jaki znacie, raczej wymoczony dość mocno w szalecie miejskim.… Już na tym etapie jest to trudne doznanie olfaktoryczne i dla wielu nosów – dyskwalifikujące. Serce przynosi wanilie i coś co w moim odbiorze daje posmak kwiatowy, czyli paproć. Zapach się osładza ale bynajmniej nie delikatnieje. To wrażenie pogłębia jeszcze trawiasta kumaryna, która ciągnie woń dalej w kierunkach „kwiatowych” (w cudzysłowie, bo stricte kwiatów tu niezbyt wiele). Wrażenie przebywania w szalecie nie ustępuje praktycznie do samego końca, aczkolwiek staje się bardziej subtelne wraz z czasem. Całość jest dosyć ciężka, przypudrowana, może przytłaczająca nawet, a ogólny wydźwięk zapachu jest taki, że albo wam się spodoba bardzo, albo niekoniecznie.

Wracając do rozważań, warto powiedzieć jeszcze o dwóch aspektach Fleur du Male. Flakon – charakterystyczny dla marki, jedni twierdzą, że szczyt kiczu innym się podoba. Mnie, mimo iż nie zachwyca swoją estetyką, to przynajmniej uznaję, że spełnia swoja rolę – identyfikuje niejako woń i twórcę. Szczególnie, że zapach jest bardzo cielisty i chyba również, to wyraża rzeźba ludzkiej sylwetki, którą jest właśnie flaszka. Warto tu zauważyć, jeszcze jedną ciekawostkę, otóż w swojej kompozycji, FdM bardzo przypomina mi Body Kurosa od YSL,  oba są lekko szaletowe, oba cieliste i gęste. Tyle, że FdM idzie w stronę właśnie „kwiatową”, a BK bardziej eukaliptusowo-kamforową. Nie ukrywam też, że to właśnie BK bardziej przypadł mi do gustu.
Kolejną ciekawostką jest nazwa perfum. Można ją tłumaczyć i interpretować na wiele sposobów, ale biorąc pod uwagę „ludzki”, „materialistyczny” wymiar aromatu, nie bez znaczenia może być nawiązanie do „Kwiatów zła” Boudleire’a („Fleurs du mal”).

Słowo na temat techniczny – perfumy podobnie jak wcześniejsze JPG należą do najtrwalszych, są mocne i świetnie projektują. To jest głośny i raczej bezkompromisowy typ woni, warto mieć to na uwadze, bo łatwo o wypadek polegający na uduszeniu kogoś z otoczenia.

W trzech słowach: Dobra, mocna rzecz dla faceta, który nie boi się jej używać i nie musi dopasowywać do otoczenia, choć zdecydowanie nie dla każdego.

Kompozycja: 4(+)
Moc: 5
Trwałość: 5
Flakon: 3(+)

Umysł: olejek z łodyg i liści gorzkiej pomarańczy
Serce: kwiat pomarańczy, paproć, wanilia
Baza: kumaryna

Spot minimalistyczny, ciekawa muzyka, ale… to chyba nie o tej perfumie