skóra

zapach skóry

daviDavidoff, to typowa marka perfumeryjnego mainstreamu. Produkuje perfumy mierne, syntetyczne i nijakie i dzieje się tak od lat. Nigdy nie był to brand wyjątkowy, choć w swoim dorobku ma kilka świetnych kompozycji (Good Life, Cool Water, czy – mimo moich oporów – Zino). Tym bardziej cieszy, że włodarze Davidoff zdecydowali się wypuścić na rynek coś na tyle odbiegającego od jego smutnych standardów i wyróżniającego, że aż dziw bierze! Może to zresztą jakiś szerszy trend, bo w ostatnim czasie także inni producenci głównego nurtu wypuszczają pojedyncze kompozycje, które mocno odbiegają od średniej – in plus. Na marginesie, to jeden z kilku zapachów z – jak się okazuje – serii, więc jest szansa na coś dobrego, co równocześnie nie jest wyjątkiem od reguły. Kiedy tylko dostanę pozostałe dwa na pewno podzielę się wrażeniami.

Skóra? Jak ma być? Jaka może być? Zależy od oczekiwań i upodobań ale bardzo różna – od animalistycznej i surowej, przez bardziej znoszoną (torebkową czy „paskową”), dalej syntetyczna i sztuczna wytworzona w jakiejś fabryce w Bangladeszu aż do tej właśnie serwowanej nam w Blend – nowoczesnej ale jednoznacznie identyfikowalnej ze swoim „motywem przewodnim”, motywem bo zapach skóry jest bardzo… wyjątkowy.

Leather Blend niewątpliwie pachnie w „sposób skórzany”, równocześnie jednak jest to zapach mocno osadzony w dzisiejszym świecie, w obecnych realiach – jest w nim więc jakiś sztuczny akord, jednak zrozummy się dobrze – „sztuczny” w sensie niewytworzony przez naturę, a nie „chemiczny” – bardzo ciekawy, ładny zresztą. Blend to skóra bardzo sucha, słodka, z posmakiem piżma i ambry, czyli delikatnie mdła jednakże nie jest to żadna wada, bo woń jest bardzo dobra. Jest tu także szczypta przypraw – szafran, który szczególnie w pierwszej fazie nadaje lekko zgryźliwego  posmaku i świetnie przełamuje wspomniane piżmo i ambrę, a dodatkowo łagodzi pierwotne wrażenie suchości, bo sam ma bardzo intensywny aromat. Zapach jest monolityczny, dość prosty w swojej strukturze a zmiany w brzmieniu dotyczą raczej cichnięcia pewnych nut ale niewątpliwie pachnie cholernie dobrze!

No i pachnie długo i w sumie zupełnie przyzwoicie jest wyczuwalny. Pachnie też specyficznie – męsko, jednoznacznie, czyli nie każdy się w nim odnajdzie. Po latach metro i uni seksualnej jednorodności dobrze, że pojawiają się także specyfiki, które możemy jednoznacznie ukierunkować, nazwać i opisać – różnice między płciami nie są kulturowym wymysłem i wiemy o tym doskonale, po prostu wahadło w końcu musi stanąć na środku – pomiędzy – a to wymaga czasu, by tam powróciło po kolejnych przechyłach, to w jedną to w drugą stronę. Pomijając te dygresje, nieco paradoksalnie nie ma żadnych przeciwwskazań aby po Blend sięgnęła Pani, której un się spodoba i która będzie się w nim czuła dobrze 🙂

Warto poznać Davidoff Leather Blend.
Nie mam żadnych wątpliwości.

Podobne: hmmm…

Kompozycja: 4(+)
Moc: 3(+)
Trwałość: 5
Flakon: 5(-)
SOB: 4

Nuty:
umysł: pieprz, szafran,
serce: bursztyn, róża,
baza: papirus, skóra.

PS. Perfumy są nieco droższe niż „średnia rynkowa” ale są także powyżej tej średniej, więc opłaca się po nie sięgnąć, nawet przy cenie ponad 200 zł.

eksperyment ze skórą, nieturka – bynajmniej! acz ładny (5)

parfemcuirKolejną grupę czy też markę zapachów, z którymi potykam się w ramach testu, a mianowicie Parfum d’Empire otwiera pachnidło Cuir Ottoman.

Zastanawiałem się dość długo, szukając słów, którymi mógłbym go scharakteryzować i kompletnie nic ciekawego nie przychodziło mi do głowy. Oczywiście są to perfumy skórzane i kilka zdań na ten temat skrobnąć należy ale całościowo Cuir Ottoman ani nie nasuwa mi specjalnych skojarzeń ani emocji większych nie wywołuje. W zasadzie przechodzi bez echa w sporej obojętności pozostawiając. A przecież to całkiem ładne i przyjemne pachnidło, oparte na dominującym (zgodnie z nazwą) motywie skóry w przytulnym, zamszowym wydaniu. Poza otwarciem, które rezonuje wdziecięcym wspomnieniem pasty do butów z metalowego pojemniczka, nasz Ottoman pokazuje się od ładnej strony, pachnąc niczym połączenie miękkości znoszonego paska do spodni z nową torebką. I wbrew pozorom jest to mariaż udany – całkiem fajny i sympatyczny. Jedyne wyraźne odczucie, które mi towarzyszyło nosząc Cuir, to wrażenie „bezpiecznej tatusiowości”, które także miło nasuwają dziecięce wspomnienia (realne lub takie, które chcielibysmy żeby takimi były).
Niewiele słodyczy w nim wyczuwam, może tylko w niezbyt wyraźnej bazie za sprawą ewidentnie słodkich ingrediencji, aczkolwiek (przynajmniej na mojej nawierzchni) przez większość czasu jest to kompozycja niezbyt słodka. Logiczne – skóra nie pachnie słodyczą, tylko… skórą. Jest także intymny, co oznacza że nienachlanie stapia się z warstwą (żeby po raz n-ty nie użyć tego słowa na es) na której spoczywa, a mówiąc wprost emituje słabo. Nie wiem jak z trwałością, mam problem z oceną ale tak na oko, ucho i nos to ok. 6-7 godzin, wspomnianej powyżej projekcji.

Niektórzy doszukują się skojarzeń ze wschodem, szczególnie tym tureckim w bogatym wydaniu. Nie wiem, naprawdę nie wiem ale zbyt wielkich konotacji z takim kierunkiem interpretacji nie dostrzegam. Być może, gdyby zamknąć oczy i o nim  (czy swoim jego wyobrażeniu) pomyśleć, to coś tam gdzieś tam by się zalęgło, gdyby wystarczająco mocno się zasugerować, że może, ale… nie, u mnie się jakoś lęść nie chce. Więc nie wiem jak jest z tym ottomanem ale sytuuję pachnidło Parfum d’Empire raczej jako nowoczesne ujęcie zapachu skóry, ani przesadnie animalne czy w arabski sposób bogate i intensywne. Ale pachnie naturalnie i aromatycznie, to fakt. Wspomniałem już, że to uniseks? Nie, no to mówię – to uniseks, bo niby jaką płęć mają mieć rękawiczki? Zależy czy świnka z której je zrobiono była świnkiem czy zwykłą świnią ale nikt z Parfum d’Empire odpowiedzi nie udzielił 😉

Cuir Ottoman zrobiły na mnie dość przeciętne rażenie. Owszem, w kategoriach konceptu wącha się je dobrze, nosi komfortowo, są naturalne i takie bezpieczne, ciepłe – „misiowe” jakby. Ale zdecydowanie brak im dzikości, niegarbowanych jaj i przypiekanych boczków naszych ziomali kozaków – to ułożone, stonowane perfumy. Może takimi mają być? Jeśli tak, to w porządku – odnotowano. Ale nie poruszają, choć wciąż są co najmniej dobre.

Podobne: Hmm… w mainstreamie? Ciężko znaleźć. Midnight In Paris? W sumie jest zupełnie inny (choć z akordem skórzanym), bardziej industrialny, chemiczny no ale na bezrybiu…

Kompozycja: 4
Moc: 3(+)
Trwałość: 3
Flakon: 4(+)
SOB: 3(+)

PS. Wygląda na to, że Pd’E także nalewa swoje ciecze w ładne flakony, choć może nie aż tak jak L’Artisan.

Nuty
umysł: irys, jaśmin egipski,
serce: kadzidło, styraks, skóra, balsam Tolu, benzoes,
baza: wanilia, labdanum, bób tonka.

Skóra lekko zzieleniała, ale wciąż dobrze leżąca

Sięgam po kolejną próbkę, którą mam możliwość testować dzięki uprzejmości kolegi Four’a z naszego forum. I następna pochodząca z trudnego dla mojego nosa okresu w perfumiarstwie, czyli ósmej dekady poprzedniego stulecia.
Tym razem jednak tragedii greckiej nie było, bowiem Trussardi Uomo z 1983r, to klasyczny męski, skórzany szypr, który pomimo swojej silnie zaznaczonej „retro-wności”, daje się nosić nawet i dziś, co już samo w sobie jest pewnym sukcesem.

W moim mocno zsubiektywizowanym odbiorze noskowym, zapach jest bardzo liniowy i praktycznie od początku do końca pachnie tak samo (chociaż niezupełnie). W aromacie dominują dwie ingrediencje, a mianowicie wspomniana skóra (bardzo surowa), która tworzy jakby bazę oraz mech dębowy (i prawdopodobnie jałowiec), który nadaje jej „zielonego”, obrośniętego wilgotnym grzybem (tak, tak – mąkla tarniowa, to rodzaj grzybków, też się zdziwiłem) – posmaku. I w zasadzie to wszystko. Pomimo ogromnej (co także jest charakterystyczne dla owego czasu) ilości składników – jest jednostajnie. Czasami do głosu próbuje dojść delikatnie słodkawa woń (miód?), ale jest to tylko ślad, słabo wyczuwalny, bo generalnie kompozycja jest raczej wytrawna. Co ciekawe baza ciemnieje, nie wiem za sprawą czego tak się dzieje, niemniej to co dochodzi do nosa jest cieliste i mocne, być może to kwestia labdanum (a może właśnie dopiero wtedy silniej wychodzi mech?) – późne zejście nie nastroiło mnie optymistycznie i było zdecydowanie mniej komfortowe niż serce, choć bardzo charakterne. Kompozycyjnie jest to pachnidło trudne dla współczesnego mężczyzny, jednak zdecydowanie mniej niźli inne konstrukcje z tamtych lat.
Jeśli przychodzi mi coś do głowy, kiedy wącham to jest to widok dojrzałego faceta z kilkudniowym zarostem w skórzanej kurtce, jeżdżącego chopperem i żyjącego w nieco innym świecie niż ten nasz – dzisiejszy. Być może to czas, który już odszedł, ale wciąż są ludzie, którzy właśnie w  tym odnajdują swój oddech.

Oczywiście bardzo dobra jest trwałość, ale „tylko” zadowalająca projekcja wskazująca na bardziej casualowy charakter wody. Trudno osiągalne, bo dziś już praktycznie tylko w sieci – perfumy nie przetrwały próby czasu (i reformulacji – więc może to i dobrze) i nie są dostępne na półkach sklepowych. Za to niedawno wypuszczono „nową wersję”, czy też jak byśmy ładnie powiedzieli „interpretację”, która tyle ma wspólnego z protoplastą co jeżyk z karnością.

Krótko mówiąc – taka ciekawostka, mnie zapach trochę zmęczył i chyba też znudził. Za to nie zabił, a to plus 😉

Kompozycja: 3(+)
Moc: 4
Trwałość: 5
Flakon: 5
SOB: 3(-)

Nuty:
umysł: aldehydy, jagody jałowca, lawenda, bazylia, kminek, bergamotka, majeranek
serce: miód, goździk, cynamon, korzeń kosaćca, wetiwer, cedr, róża
baza: labdanum, skóra, bób tonka, paczula, piżmo, mech

PS. Jeszcze coś. Na szczególną uwagę zasługuje flakon – klasyczny w kształcie, ale za to oprawiony skóra – nie wiem czy prawdziwą – krokodylą. Jakby nie było to robi wrażenie i świetnie koresponduje z zawartością.

…a rich shade of burgundy and a dark shade of rose…

Wygląda na to, że nie mamy do siebie szczęścia. To drugi zapach marki Banana Republic, który przychodzi mi recenzować i drugi niezbyt udany. Co prawda jest lepiej niż przy poprzednim spotkaniu, niemniej wciąż mizernie i to w zasadzie pod każdym względem.

Pierwsze co rzuca się w oczy to flakon. Bez dwóch zdań to najmocniejszy akcent w tych perfumach. Wykonany z ciemnego drewna robi majestatyczne wrażenie. Przypomina trochę kałamarz, a może stempel w każdym bądź razie jest „silnym wizualnym atutem” produktu i bardzo zachęca do zapoznania się z zawartością. A ta niestety rozczarowuje.

Kompozycja Cordovana to miks kilku składników, dosyć jednolity i  liniowy, prawie niezmienny w czasie (poza słabnięciem), na który najwyraźniej składa się skóra (bladziutka), wetiwer (zdelikacony) w mniejszym stopniu irys i lawenda. Całość tworzy słaby, słodkawy sos, niewyraźny i miałki. Na starcie jesteśmy raczeni także bergamotką, niemniej ten element ulatuje w ciągu krótkiej chwili. Wyraźnym motywem przewodnim w konstrukcji wody jest akord skóry połączonej z delikatną nutką animalną, czyli odzwierzątkową. Ponieważ generalnie nie lubię wszelkich „animali” w perfumach, także i tu drażni mnie ona nieco choć nie mdli (jak zwykle bywa), ale trudno uznać to za plus, bo wynika tylko z faktu, że zapach jest bardzo słabo wyczuwalny i projektuje po prostu anemicznie. Największym grzechem samej woni jest to, że wieje od niej nudą… A potencjał jest, oj jest – jednak kompletnie niezrealizowany. I żeby nie było – nie zawsze musi się „dziać wiele” – potrafię docenić i cieszyć się zapachami spokojnymi, stonowanymi, bez fajerwerków ale z klasą. I w zasadzie to wszystko w odpowiedzi na pytanie: „jak to pachnie”. Syntetyzując – kiepsko.

Wspomniałem już o marnej projekcji, nie inaczej jest z trwałością, czy też sensowniej było by powiedzieć nietrwałością – wszystko co udało mi się uzyskać, to 5-6 godzin przy bardzo nieśmiałej emisji. No nie jest dobrze.
Zastanawiam się czy to rzeczywiście są tak kiepskie perfumy jak je maluję, czy też może zwyczajnie rozmijają się z moim gustem w stopniu większym niż inne? Fakty wydają się nieubłagane – z jednej strony fatalna strona techniczna z drugiej nijaki aromat, który nie trafia do mnie kompletnie. Ponieważ jednak ma być o moich wrażeniach, a te są jakie są – oceniam negatywnie. I nie polecam. Choć „obiektywnie” 😉 to nie są to jakieś szczególnie złe perfumy (są „złe” nieszczególnie). Pewnie nawet mogą się podobać.

Na koniec, co by jednak nie zostawić was z miażdżącym wrażeniem powiem, że jest jeszcze jeden jasny punkt w naszej bananowej republice (nie sądzicie, że to głupkowata nazwa?) – imię perfum. Cordovan, to rodzaj skóry, ale także koloru i wydaje się, że twórcy dobrze wybrali, bo zarówno zapach jak i barwa w jakiej jest utrzymany (także pojemnik) pasują idealnie do tej koncepcji. Jaka szkoda, że za formą (piękna estetyka) nie poszła treść (marna zawartość).

Kompozycja: 3
Moc: 2
Trwałość: 2
Flakon: 5(-)
SOB: 2(+)

Nuty:
liść figi, gałka muszkatołowa, skóra, bergamotka, lawenda, irys, wetiwer, jałowiec