wetyweria

Podróżnik

Zapewne po tak długiej przerwie należy wam się kilka słów wyjaśnienia… zapewne.
Cóż działo się wiele, niekoniecznie dobrze ale że życie podobnie jak natura dąży do stanu równowagi, w końcu wahadło losu z impetem przeleciało na drugą stronę i teraz jest dobrze. Mam nadzieję, że takie wyjaśnienie wystarczy? 😉

A przechodząc do tematu – do napisania tej recenzji zmobilizował mnie syn, za co mu bardzo dziękuję – „tata siadaj i pisz”, rzekł tonem nie przyjmującym do wiadomości,
że istnieje coś takiego jak sprzeciw. Cóż było robić siadłem i piszem. Ponieważ zaś to pierwsza recenzja od wielu miesięcy nie może dotyczyć byle czego, jakiegoś tam zapaszku. Co mógłbym opisać więc najlepszego? Oczywiście moje kochanie Lalique!
A że nadarza się okazja, bo niedawno zanabyłem dwa flakony nowych (dla mnie) zapachów tej firmy – jedziemy z koksem (w Krakowie właśnie mamy smog taki,
że weganom i eko ludkom płuca migrują w stronę jelita grubego z zapytaniem, czy ktoś tu widział czyste powietrze?).

Lalique Hommage a l’homme Voyageur – niby flanker, a tak na prawdę poza tytułem nic go nie łączy ze śliwkowym poprzednikiem. „Nie łączy”, to w sumie dość eufemistyczne określenie, kompozycje te są bardzo odległych bajek zapachowych,
a łączy je wspólny sznyt – od pierwszego niucha wiadomo, że to coś bardzo dobrego, szlachetnego i na pewno Lalique.

Voyageur, to zapach brudny, ziemisty i ciemny (choć z przebłyskami). W najlepszym możliwym znaczeniu tych epitetów. To niesamowite połączenie piwnicznej, delikatnie pleśniejącej paczuli, wetywerii nasuwającej echo odległego skojarzenia z Encre Noire
i kardamonu, który wierci szczególnie w początkowej fazie, aż kłuje w nos! Żeby jednak nie było, wszakże Gentlemena już wymyślono wszystko doprawione jest delikatnym akcentem waniliowym, nie na tyle w prawdzie, żeby zapach można było określić jako słodki ale subtelnie przełamującym kwaśność. Krótko mówiąc mamy tu porządne uderzenie ostrego, gryzącego kardamonu, potem przejście przez piwnicę na której ścianach pojawiły się wykwity czegoś dziwnego… (papirus) i na koniec porośnięte mchem kamyczki.
I jak to niby pachnie? Noooo mega! Noooo i nie będzie się podobało ani waszej dziewczynie, ani chłopakowi, ani tym bardziej babci! Jest zdecydowanie niszowo, bardzo ciekawie, a wciąż pięknie i wymagająco – to Lalique a nie tam jakieś Długie Bossy! 😉
Co ciekawe, ziemia sama w sobie wydaje się być mokra (szczególnie połączeniu
z paczulą), jednak papirus wyraźnie osusza klimat całości, intrygujący kontrapunkt.
Co jeszcze ważne, mimo intensywności paczuli, nie odnosi się wrażenia, że jest to zapach stricte paczulowy – inne składniki są dobrze wyważone, przez co tworzy się barwny (choć raczej w odcieniach szarości) aromatyczny miks.

Kompozycja na piątkę, nie da się jej zapomnieć ani pomylić z inną ale przez swoją unikatowość ma pewną wadę – nie nadaje się do noszenia na co dzień, np. do pracy. Obecnie testuję tę opcję na sobie i muszę wam powiedzieć, że bywa zabawnie
np. ostatnio reakcja kolegi, który akurat wszedł do naszego biura była dość osobliwa –
„co tu tak śmierdzi?”- „To ja, to ja!” – to zmieszanie i mina kogoś nie wiedzącego
co powiedzieć – bezcenna 😉 Po prostu Voyageur, to perfumy wymagające i trzeba mieć tego świadomość – bez wyrobionego nosa nie podchodź, nie narzucaj go tez innym.
Ot, nisza.

W kwestiach technicznych również nie ma na co narzekać, bardzo ładny – ciemnogranatowy, klasycystyczny flakon ze srebrnymi akcentami – pewnie trzyma się
w dłoni i sprawia wrażenie obcowania z produktem premium. Do tego standardowo już dobre technikalia – woń trzyma się ponad 8 godzin i wyraźnie daje o sobie znać – inna sytuacja z pracy (tym razem koleżanka) – stwierdzenie, że gdzie nie wejdę pozostawiam za sobą smugę zapachu i to na pewno ja 🙂 Jakość zdecydowanie na plus, do tego cena której mogłyby, a nawet powinny pozazdrościć skrajnie mainstreamowe siuśki (a nie wiedzieć czemu uchodzące za luksusowe) Chanele i Diory. Czego chcieć więcej?

Ano ja to bym chciał, no tak se wymarzyłem normalnie, nie?  żeby po tych 15 minutach wciąż te perfumy na mnie pachły. Niestety, w przypadku Podróżnika okazało się, że po pierwszym mocnym uderzeniu – mój nos płata figla i mówi „dziękuję wychodzę”, następuję włączenie blokady zamykającej bąbelki wyłapujące zapachy i niestety nic więcej do niego już nie dociera, choć do wszystkich dookoła i owszem. Voyageur
nie stanie się więc moim ulubieńcem, poprzestanę także na jednym flakonie, bo jednak
w głównej mierze woniam dla swojej przyjemności. Ale to nie zmienia mojej bardzo dobrej opinii o tych świetnych perfumach, które wam serdecznie polecam,
przy założeniu, że macie choć trochę wyrobione nosy i nie obawiacie się reakcji otoczenia.

No i w kolejce już czeka kolejne, niesforny Lalique…

Podobne: niektóre z paczulą, i echa Lalique a w sumie, to żaden.

Kompozycja: 5
Moc: 5(-)
Trwałość: 5(-)
Flakon: 5(-)
SOB: 5(-)

Nuty:
umysł: bergamotka, kardamon,
serce: wetiwer, paczula, papirus,
baza: wanilia, bursztyn (czyliż ambra), mech drzewny.

PS. Kompozycja to nie kogo innego ale właśnie Michela Almairaca – tak, tak to ten nos od Zino, Heaven, GpH i innych cudów!

PS2. Co jak co ale z targetem (na zdjęciu), to nie trafili… wyobrażam sobie piorunujące wrażenie, które ów młody byznesmen robi na swoich współpracownikach wchodząc do biura skropiony sowicie radosnym Vojadżerem 😉

Reklamy

ekstremalnie nieekstremalny

laliquEncre Noire od Lalique, to moje ulubione perfumy. Podobnie jak Lalique najulubieńszą marką jest. A jednak do wersji L’Extreme podchodziłem jak kot do jeża. Być może pomny wcześniejszych doświadczeń z flankerem „Sport”, który co prawda trzyma poziom ale jest kompletnie niepotrzebny, po głowie kołatała się spokoju bynajmniej nie dająca myśl „po co to to o to?”. Niby wszyscy teraz na potęgę wypuszczają kolejne wersje swoich „tuzów”, w jakimś sensie (przynajmniej w kwestii hitu EN) temu trendowi uległ też Lalique ale nie jest to pozytywne zjawisko. Jeśli weźmiemy coś miernego i spróbujemy to nieco przeformułować, to z reguły mierność rodzi jeszcze większą mierność. W przypadku dobrych zapachów w najlepszym razie wynikiem będzie powielenie, a tylko czasami powstanie zapach godzien protoplasty. Takie są jednak prawa rynku, widać nie ma co z tym zjawiskiem dyskutować.

A L’extreme to wciąż Encre Noire, a jednak nieco inne. Oczywiście wetyweria z domieszką iso wciąż gra główne skrzypce ale teraz zapach stał się o wiele bardziej „drzewny”. Przynajmniej dla mojego nosa intensywnie daje takimi składnikami. Nie jest to drewno „czyste” jak w kompozycjach stricte tego typu ale w charakterystyczny sposób dla Encre przymruszone, jakby delikatnie nadpalone i polane jakimś rodzajem chemii – kadziło? (klej mode: on – skojarzenie ze sklepem meblarskim jak najbardziej uzasadnione). I w zasadzie tyle. Przy jednej istotnej wszakże uwadze, że wraz z czasem owych drewnianych konotacji coraz mniej a na placu boju pozostaje li tylko wetywer (jak w oryginale). W ogóle składników jest jakoby więcej znacznie niż w pierwowzorze ale nie czuć owego bogactwa, może tylko jeszcze szczypek dosłownie paczuli w bazie? Wersja EDP nie przynosi ani jakiejś szczególnej głębi, nie poszerza też naszych doznań, przeciwnie mam wrażenie że zapach stracił swój świeży charakter i raczej się spłaszczył. Wciąż brzmi dobrze ale jednak, jak to mawia przewodniczący od alimentów „to nie z puszki było”. Krótko mówiąc jest nieźle ale po co to, skoro wcześniej było znacznie lepiej?

W kwestii parametrycznej, zmieniło się niewiele. Jak przystało na wersję eau de parfum woń jest trwała ale niezbyt lotna, trzyma się też zdecydowanie bliżej cielęciny niż poprzednik – generalnie technikalia na lekki minus. Oczywiście podatek od nowości zapłacić trzeba, ekstremalny jest droższy od wersji podstawkowej.

Czy warto go kupić?
Nie. Bo i po co, skoro mamy ciekawszego prekursora?
Dla kogo to więc zapach tak w ogólności jest? Zastanawiam się, dumam, myślę… może dla kogoś, komu mocny charakter wetyweru w oryginale nie odpowiadał? Może dla któregoś jednego co woli drewno łon? Nieee… dla takich osób są inne kompozycje. Więc? No właśnie…

Podobne: niektóre drewniaki ale tylko óre

Kompozycja: 4
Moc: 3
Trwałość: 5
Flakon: 5
SOB: 3

Nuty:
umysł: bergamota, elemi, cyprys,
serce: wetyweria, irys, kadzidło,
baza: paczula, drzewo sandałowe, benzoes.