Moja Siła!

Od kilku lat, kiedy zbliża się lato powtarzam ten sam rytuał – szukam 2-3 świeżych zapachów, które czymś się wyróżniają i które będą mi towarzyszyć od czerwca do sierpnia w najbardziej upalnym okresie. Tak, 3 miesiące – 3 zapachy, jest gorąco – można się zlewać.
W tym roku jedną z kompozycji, na które padł wybór jest L’insoumis Ma Force, czyli flanker, ale dość luźno powiązany z L’insoumis od Lalique, którego recenzję także polecam.
Podobnie jak u poprzednika mamy tu do czynienia z interpretacją klasycznych, tym razem „barberskich” męskich zapachów, czyli aromatycznych cytrusów na lekko alkoholowej bazie, które przypominają woń wody po goleniu. Oczywiście pojawiają się ozdobniki – jabłuszko
w otwarciu i kilka innych elementów, ale to co stanowi trzon kompozycji, to właśnie owe nadające odświeżający charakter cytrusy i lawenda, dzięki której jest jednoznacznie męsko. I tu mała uwaga – przyzwyczajeni do metroseksualnych aromatów ostatnich 20 lat chłopcy, po spotkaniu z Ma Force poczują się, jakby ktoś im kabanosem przywalił w twarz i poprawił wodą święconą. Tak, ten aromat odrzuci chłopaczków i młodych panów i wyraźnie oddzieli ich od dojrzałych, świadomych siebie mężczyzn (raczej po 40. niż 30.) – stąd nie dziwicie się ich przerażonym komentarzom w sieci.
Sama kompozycja jest świetnie zblendowana, klasyczna i stylowa, równocześnie wcale nie nudna, bo płynnie ewoluuje na skórze i przechodzi przez wszystkie nuty, jak przystało na francuską szkołę perfumiarstwa – Lalique nie zszedł tu poniżej swojego poziomu. Ma Force pachnie świetnie, ale podkreślam że tylko na facecie, który go doceni i dźwignie i w tym kontekście jest to zapach retro, choć nowocześnie ujęty. Perfumy raczej do casualowego lub eleganckiego stroju niż do dresu, ale zdecydowanie do codziennego użytku.
Woda ma dobre parametry, początkowo wyraziście projektuje, a potem trzyma się na skórze prawie cały dzień, oferując komfort nosicielowi i taką specyficzną aurę wyrażającą spokój
i opanowanie. Cena oczywiście także jest bardzo atrakcyjna, ale do tego (z rzadkimi wyjątkami) ta marka nas już przyzwyczaiła. Również flakon jest interesujący „zmrożony”, klasyczny kwadrat – nawiązuje do protoplasty L’Insoumis i świetnie komponuje się
z zawartością.

Lalique Ma Force mogę tylko pochwalić, bo sprawiają mi sporo frajdy i mojej Pani także bardzo się podobają, więc jeśli tylko czujesz się na siłach, jesteś pewnym siebie facetem z klasą, to zdecydowanie polecam. Moja ukochana marka nie zawodzi 😊

Podobne: mówią, że Fierce Abercrombie & Fitch, ale w moim odczuciu raczej klasyczne wody z lat 70. i 80.

Kompozycja: 4(+)
Moc: 4(-)
Trwałość: 5(-)
Flakon: 5(-)
SOB: 4(+)

Nuty
Umysł: cytryna, zielone jabłko, kardamon
Serce: lawenda, liście fiołka, rozmaryn
Baza: limbanol, kaszmir

PS. Za tę kompozycję również odpowiada Pan Fabrice Pellegrin i ponownie zrobił świetną robotę.

Paczula w ogniu

Oj, zaskoczyła mnie ta kompozycja, zaskoczyła! No bo czego spodziewalibyście się po perfumach, które w nazwie mają ogień, a wszyscy testujący je potwierdzają, że są „trudne i nie dla każdego”? No właśnie, ja też myślałem, że dostanę sporą dawkę silnej, piwniczej i pleśniowej paczuli, czyli jej najbardziej radykalnej odmiany, a tymczasem… jest dokładnie na odwrót!
Patchouli on Fire przenosi nas bowiem w niezwykle przyjemne – zielone i świeże rejony, które bardzo mocno nie tylko w tym względzie zaskakują, ale także dają niesamowicie pozytywne odczucie komfortu i radości. Tak, perfumy zdecydowanie poprawiają nastrój! To rzadka cecha i warto mieć choć jeden taki jasny, świetlisty i pozytywny zapach, jak właśnie ten – w swojej kolekcji.
Kompozycyjnie mamy tutaj oczywiście dużą dawkę zielonej paczuli w wersji przyjemnej, jak najbardziej noszalnej, bez chropowatości i na ziołowo. Lawenda ładna, choć nieprzesadnie męska nadaje jednak delikatnie retro sznyt kompozycji, kierując myśli w stronę dekad ubiegłych. Nie jest to jednak ani nachalne, ani tym bardziej niemiłe wrażenie – jest po prostu inne, bo dziś się tak perfum już nie komponuje. Są tu także jakieś przyprawy, ale bardziej w formie mieszanki i dodatku niż konkretnego składnika – dodają delikatnego tła. Ogółem pachnie to bardzo ładnie i tak jak wspomniałem, większość odczuć idzie w stronę ziołowej świeżości i optymizmu. Ciekawostka – na blotterze PoF, to uniseks z lekkim przechyłem w stronę kobiecą, natomiast testując woń wraz z moją partnerką oboje czuliśmy się w niej bardzo komfortowo – na mojej skórze był to zapach metroseksualny (choć w bazie lawenda machała łapką przed nosem próbując pokazać pazurek), na niej lekko skręcał w kobiecą stronę. Nie ma więc obawy, że aromat nie będzie pasował do płci.
Zdecydowanie są to perfumy na cieplejsze dni, choć raczej nie upalne. Wiosna i późne lato, dadzą się pięknie rozwinąć paczuli na skórze, a wam sprawią one wtedy największą przyjemność płynącą z obcowania z zapachem. Dodam też, że woń jest naturalna – nie czuć żadnej chemii, ani utrwalaczy, co też należy docenić.
W kwestii specyfikacji, to jest znakomicie! Cały dzień trwałości z solidną projekcja nie zostawiają miejsca na jakiekolwiek narzekanie. Flakon przybywa do nas w pięknym opakowaniu z artystycznym szkicem, a sam jest solidny i bogato zdobiony. Jedynie szkoda, że nie jest cały z metalu (ma plastikowe elementy), ale wtedy ważyłby chyba z pół kilo, więc nie ma na co narzekać. Ogółem wrażenia estetyczne są bardzo pozytywne. Cena atrakcyjna – ok. 200 zł za 80 ml, za tę jakość i klasę kompozycji – nie ma o czym gadać, szczególnie w świecie obecnego mainstreamu, gdzie za syntetyczne, śmierdzące odpady płacimy setki złotych.
Afnan, jako marka najczęściej kopiuje innych. Zarówno jednak Patchouli on Fire jak i nieopisywany przeze mnie jeszcze Tobacco Rush, to kompozycje autorskie i bardzo udane.
Zdecydowanie polecam, jednak również zaznaczam, że mimo wszystko, nie są to perfumy dla każdego.

Podobne: …

Kompozycja: 5(-)
Moc: 5(-)
Trwałość: 5(-)
Flakon: 4(+)
SOB: 5(-)

Nuty
Umysł: aromatyczne nuty, nuty przypraw, nuty drzew.
Serce: paczuli, lawenda, cytrusy.
Baza: paczuli, egzotyczne przyprawy.

nie całkiem Czarny Cień

Cudownie jest raz na dłuuuugi czas odkryć perfumy, które autentycznie zachwycą. Kiedy jeszcze jest to pachnidło twojej ulubionej marki… czy może być coś lepszego? No wiem może, ale zostawmy te elokwentne uniesienia dla efektu 😉
Lalique Ombre Noire, to dla mnie podwójnie duże zaskoczenie. Kiedy pierwszy raz testowałem je na blotterze wydały mi się przyjemnym, słodkim drzewakiem, a takie zapachy niestety wywołują u mnie często odruch mdlący, mimo że ładne – no nie mogę ich nosić. Z ciekawości, obowiązku albo sam nie wiem czego – zrobiłem test globalny i… ależ zmiana! Całkowicie zniknęło wrażenie mdlącej słodyczy, a zamiast tego… pojawiła się mmmm… poezja. Dość powiedzieć, że po jednym dniu z Czarnym Cieniem wiedziałem, że muszę mieć flakon (i wcale nie jest on prostym drzewiakiem!).
Testy pokazały coś jeszcze, wbrew nazwie – Ombre Noire, to zapach niezwykle jasny, przestrzenny i pozytywny. Może nieradosny, ale mimo wielu ciemniejszych akordów (mirra + kadzidło, tytoń + olibanum) na mojej skórze uparcie pozostaje on uśmiechnięty i poprawia humor swoim otuleniem.
No ale jak to wszystko pachnie zapytacie (albo i nie)? Pięknie – odpowiem😊
Świeżo i wyraziście w otwarciu, głównie za sprawą mięty z domieszką figi, słodkawo, gdy się rozwinie, z głównym motywem delikatnego tytoniu osłodzonego cynamonem (taki przyprawowy sznyt) i bardziej otulająco w bazie, gdy się już rozgości na skórze na dłużej, a do głosu dojdzie akord koniaku (oczywiście jest to wyobrażenie, bo nie ma w perfumach możliwości oddania go naturalnie, ale jest ono niezwykle przyjemne). Przez cały czas kompozycja pozostaje otulająca, słodkawa, komfortowa a do tego zdecydowanie głęboka.
No co wam będę dużo pisał, to po prostu trzeba powąchać, bo na waszej skórze może pachnieć jeszcze inaczej niż na mojej, ale na pewno równie urzekająco.

Z ciekawości sięgnąłem po wyszukiwarkę i obczaiłem odpowiedź na pytanie a któż, to odpowiada za tę niezwykle bogatą przyprawowo-drzewną kompozycję? Ano nie byle kto, bo imć pani Karine Dubreuil-Sereni i jeśli to nazwisko nie mówi wam wiele, to podpowiem, że popełniła ona takie małe dzieła jak Mademoiselle – Chanelle, Gentleman Society – Givenchy, Envy Me i Gucci ph II – Gucci (tak, to ona!), genialne onegdaj Eau de Baux – L’Occitane i wiele innych dobrych perfum. I tu też pokazała kunszt.

W kwestiach technicznych mamy tu tradycyjny Lalique-owy, kwadratowy flakon, taki jak w Encre Noire i pochodnych – mi ta prostota odpowiada, ale to oczywiście rzecz gustu. Parametry techniczne dla tej wody perfumowanej, są takie że woń pachnie długo (spokojnie 8-10 godzin), ale raczej w obrębie pacjenta i jego strefy komfortu, czyli casualowo. Jest jednak wyczuwalna dla nosiciela.  Wadą jest cena i dostępność – dostać dziś Ombre Noire jest trudno, a ceny zaczynają szybować. Mi udało się jeszcze nabyć flakon w ludzkich pieniądzach (tzn. okolice 400 zł).

Jak podsumować? Pierwszy perfumowy zachwyt od… ponad dwóch lat, to chyba najlepsza rekomendacja i recenzja zarazem. Polecam, bo warto!

Podobne: hm…

Kompozycja: 5(-)
Moc: 3(-)
Trwałość: 5(-)
Flakon: 4(+)
SOB: 5(-)

Nuty
Umysł: bergamotka, mięta, listek figowy
Serce: cynamon, papirus, liść tytoniu
Baza: cedr, fasola tonka, mirra, olibanum, koniak.

Wieczorowy Armani

Po przygodzie z Eau de Cedre od Armaniego, którego chyba jeszcze nawet nie opisywałem, tak na marginesie, w moje łapki trafił również inny zapach z tej serii, czyli Eau de Nuit. O ile pierwszy miał wyraźnie bardziej casualowe, codzienne przeznaczenie, to zgodnie z nazwą ten drugi powinien być predestynowany do noszenia na okazje bardziej wyjściowe, wieczorowe. I w sumie tak jest, bo zgodnie z nazwą Nuit jest kompozycją o wiele bardziej elegancką z wyraźnym sznytem wyjściowym. Nie są to jednak perfumy klubowe czy szerzej imprezowe, ale na zdecydowanie bardziej oficjalne i formalne okazje – kolacja, spotkanie etc.

Kompozycja opiera się na ładnie zbalansowanym irysie, tzn. jest pudrowo, szminkowo i w stronę Diora phI, ale z drugiej strony nie jest to wrażenie aż tak nachalne jak tam, a pozostałe składniki nie sprawiają wrażenia kwiatka do kożucha, tylko właśnie przyjemnie równoważą woń, szczególnie akordy przyprawowe są wyczuwalne. Woń nie jest przesłodzona i widać, że kompozycja jest dopracowana (choć Armani nie chwali się, kto za nią odpowiada), co ciekawe zupełnie inaczej rozwija się na blotterze, niż na skórze, gdzie pewne niuanse giną. Jest bardzo komfortowo, przytulnie, miło i z pewnością aromat będzie się podobał płci przeciwnej (do noszącego). Z drugiej strony, to raczej uniseks, niż wyraziście męska woń, ale w dzisiejszym świecie chyba takie są preferowane.

W kwestii parametrów jest słabo, żeby nie powiedzieć, że bardzo słabo. Trwałość 4-5h, przy projekcji domyślnej, tzn. „domyśl się, że pachnę” – tu niestety również jest bardzo współcześnie. Do tego cena nie zachęca, za to flakon prezentuje się klasycznie i to chyba jedyny, zdecydowanie „męski” akcent w tym produkcie.

Armani Eau de Nuit, to nie są złe perfumy – pachną nieźle, jednak niespecjalnie się wyróżniają i jest wiele innych męskich, znacznie ciekawszych i lepszych produktów na rynku.

Podobne: w klimacie Dior homme Intense i nieco Eau de Cedre Armaniego.

Kompozycja: 3(+)
Moc: 2(-)
Trwałość: 2(-)
Flakon: 3(+)
SOB: 3(-)

Nuty
umysł: Pieprz, Bergamotka,
serce: Irys, kardamon, Gałka muszkatołowa, Heliotrop, Bób tonka,
baza: Bursztyn, Drewno cedrowe, Bób tonka, Tabaka.

Czarny Baldessarini

„Separates the men from the boys” – hasło marketingowe submarki Hugo Bossa – Baldessarini jest jak rzadko co w tym świecie prawdziwe. Wspominałem o tym wielokrotnie przy okazji innych recenzji i rzeczywiście, kiedyś sięgasz po flakon perfum tego brandu, możesz być pewny że otrzymasz pachnidło dla dojrzałego mężczyzny,
a nie chłopca.  Po czym to poznasz? Po całkowitym braku krzykliwości, stylu oraz oderwaniu od tego co modne i dominujące w mainstreamie.  
Nie inaczej jest w przypadku Baldessarini Black, to bardzo szykowny, stonowany
i casualowy zapach na każdą okazję. Kompozycja utrzymana jest zgodnie z nazwą perfum w ciemnej tonacji, ambrowo-korzennej, w której wyczuć można zarówno akord ziołowy w otwarciu, jak i przemykające w tle żywice i mirre, a bazę delikatnie osładza bób podlany żywicą. Pachnie świdrująco, wyraziście i naprawdę ładnie. Pierwsze zetknięcie z perfumami wywołało średnie wrażenie, ale im dłużej je nosiłem, tym bardziej mi się podobały i mocniej doceniałem kompozycję. Komfort jaki daje aromat, klasa oraz taki specyficzny vibe „otulającego bezpieczeństwa” (szczególnie dla przytulającej się kobiety), są ujmujące. Parametry casualowe 7-8h na skórze przy raczej mocno stonowanej projekcji, ale nie ma problemu pt. „czy jeszcze pachnę?” – pachniesz. Flakon – klasyka i elegancja.

Oczywiście, jak można się spodziewać perfumy nie zbierają pozytywnych komentarzy. Jakże mogłoby być inaczej? Nie walą przesłodzoną chemią, nie mają logo Armani tudzież inszy Paco Rabanne, są po prostu dobre.

Warto dać szanse.

Podobne: Chopin OP. 9, odległe echa Cavalli Black

Kompozycja: 4(+)
Moc: 3(+)
Trwałość: 4(-)
Flakon: 4
SOB: 4(+)

Nuty
Umysł: różowy pieprz, bazylia
Serce: mirra, paczula, pelargonia
Baza: skóra, labdanum, bób tonka.

Méharées, czyli dromaderem przez pustynię

Marki „butikowe”, jak je nazywam na własny użytek, takie jak L’Occitane en Provence, Yves Rocher czy właśnie opisywana L’Ebrolario często nie są szerzej znane miłośnikom perfum, a szkoda bo czasem skrywają prawdziwe perełki.
Nie mam żadnych wątpliwości, że tytułowy Méharées należy do tej grupy. Nie jest to pachnidło popularne, skrojone według dzisiejszych „standardów”, próbujące się przypodobać „gustom” masowego odbiorcy. Powiedziałbym nawet, że idą pod prąd, równocześnie wcale nie wchodząc w niszę. To jest najlepsza szkoła perfum lat 90. – moja ulubiona i chyba najwięcej wnosząca po dość skrajnie posegregowanych płciowo latach 80.

No dobrze, ale o czym ja tu przynudzam w tym przydługim wstępie?  Ano dostajecie kompozycję, w której piękny cynamon w otoczeniu drzew, podlany jest subtelną i niespożywczą wanilią. Woń jest sucha i pylista, „pustynna” ale w niezwykle przyjemny, aromatyczny sposób. Kompozycja urzeka ciepłem, jest świetnie zbalansowana, nieprzesłodzona i świetlista. Nie jest to typ otulacza, choć zapach jest ciepły – to raczej casual na chłodne dni, świetnie zlewający się ze skórą i wytwarzający wokół noszącego aurę spokoju. Pachnie bardzo komfortowo i przyjemnie, nie ewoluuje na skórze jakoś szczególnie, ale da się odczuć różnice pomiędzy otwarciem i bazą. To pierwsze jest nieco bardziej „likierowe”, później ostatnie kropelki wilgoci uciekają i zostajemy sam na sam z pustynią, którą przemierzamy na grzbiecie dromadera – do tego nawiązuje nazwa, która tak na marginesie świetnie oddaje charakter pachnidła.

Parametry są dobre – casualowe, ale właśnie takie powinny być w przypadku tego rodzaju aromatu. Także cena atrakcyjna, a marka L’Erbolario ma swoją polską stronę, więc nie ma problemu z zakupem. Co ciekawe perfumy dostępne są także w dużej sieci stacjonarnej, także w normalnej ilości monet.

Czemu tak mało jest tak dobrych perfum? Pytanie retoryczne, nie? 😉

Kupujcie póki nie został skrzywdzony złym dotykiem reformulacji.

Podobne: na pewno nie jest podobny do Musc Ravageur’a, jak niektórzy sądzą.

Kompozycja: 5(-)
Moc: 4
Trwałość: 4
Flakon: 3(+)
SOB: 5(-)

Umysł: bergamotka, pomarańcza, cynamon.
Serce: drzewo cedrowe, paczula, mirra, drzewo sandałowe, drzewo gwajakowe.
Baza: wanilia, ambra, mech.

1.000.000.000.000 Limitów

Są takie zapachy, które wprawiają w konsternację. Powodują, że czujemy się zdziwieni, skonfudowani i w sumie nie bardzo wiemy, co myśleć.
A potem zachwycają. Nie wiadomo jak i skąd okazuje się, że brzmią pięknie, zmysłowo
i magnetycznie. Z mojej perspektywy Philipp Plein No Limit$, to właśnie takie perfumy.
Perfumy są bardzo nowocześnie skomponowane – trudno wyróżnić poszczególne składniki, nie pachnie selektywnie, ale tworzy dość jednolitą miksturę, złożoną z nuty, która początkowo uderza w nos słodką, nieco animalną skórą, dla niektórych syntetyczną, choć bardziej przez jej „asfaltowość” niż samą jakość. W tle czekolada i trzeba przyznać, że takie przełamanie w swojej konstrukcji przypomina mi trochę pierwsze wypusty A*Men’a (tam grał duet czekolady i paczuli), choć tu mamy oczywiście zupełnie inną woń. Świetne, kręcące w nosie, wibrujące odczucie, które z czasem łagodnieje, uspokaja się i osadza na skórze lekko odurzającym i cielistym aromatem. Zapach jest suchy, czasem nawet pylisty, niezbyt przestrzenny, choć nie można powiedzieć że ciasny – raczej ciemny, ale znowu w nowoczesny sposób, nie przytłacza. Ewolucja jest bardzo delikatna i jednokierunkowa, nie ma tu wielkich zmian, raczej wspomniane osadzenie na skórze. Mimo dużej ilości składników, trudno je zidentyfikować, ale niewątpliwie agar czy wanilia dają o sobie znać na dalszym tle.
Pachnie niebanalnie, może nawet niszowo (a biorąc pod uwagę obecne mainstreamowe standardy, to z pewnością), wystarczająco długo – spokojnie 7-9h i projektuje solidnie.
Co ciekawe flakon jest tandetny i wiele osób odrzuca, ale to pozór, być może nawet celowe działanie – kontrast pomiędzy nieciekawym zewnętrzem i zaskoczeniem, które odczuwamy po aplikacji perfum. Woń jest męska, na tyle jednoznacznie na ile to potrzebne. Cena bardzo atrakcyjna. Czy muszę dodawać coś jeszcze? A, no to dodam! Za kompozycją stoi imć Pan Alberto Morillas, więc tu lipy nie mogło być i nie ma.
Kupujcie, póki nie dosięgnął rak reformulacji.

Podobne: konstrukcyjnie przypomina A*Mena, ale nie pod względem zapachu.

Kompozycja: 5(-)
Moc: 4(+)
Trwałość: 5(-)
Flakon: 3(-)
SOB: 5

Nuty:
Umysł: czarny pieprz, nuty wodne, kardamon, goździki, anyż gwiaździsty, cynamon, imbir, bergamotka.
Serce: gorzka czekolada, Bourbon wanilia, kadzidło, czarny bursztyn.
Baza: skóra, nuty drzew, dym z drewna agatowego, cedr, paczula.

świetlista woda

Perfumy Le Couvent Maison de Parfum, to marka obecna od pewnego czasu na polskim rynku, wbrew pozorom selektywna ale z wyraźnie niszowym zacięciem. Są to wody skupione w kilku „seriach” wydawniczych, opisywane właśnie należą do linii des Mininimes (Botanical Colognes), możecie także zakupić produkty z linii Eaux de Parfum Singulières oraz Les Parfums Remarquables. Wspomniane zacięcie, to naturalne składniki, interesujące kompozycje i minimalistyczne flakony nawiązujące do niektórych niszowych brandów.

Aqua Solis, to kompozycja której autorem jest nie kto inny tylko Jean-Clude Ellena w związku z czym w zasadzie od początku wiedziałem czego się spodziewać i bez fałszywej skromności powiem, że trafiłem w 100%. Ponieważ mamy do czynienia z zapachem lekkim i na ciepłe dni, Pan Ellena zafundował nam klasyczne i charakterystyczne dla swojego kunsztu słodkie owoce oparte na kardamonie w lekko słonawym sosie. Ładne, jasne z pewną dozą przestrzeni ale równocześnie jak to u tego twórcy specyficzne. Zapach niezbyt odkrywczy, raczej liniowy z dwiema fazami, wspomnianym otwarciem i delikatnie metaliczną, piżmową bazą. Świeżo jest w zasadzie przez cały czas, szkoda tylko że woń dość szybko się wygasza i trwa na skórze w praktycznie niewyczuwalny dla otoczenia sposób, całość może 4-5h.

Ogółem perfumy bardzo przyjemne i komfortowe w noszeniu dla każdego, pachnące naturalnie choć krótko. Na pewno warte zakupu, jednakże gdybym miał wybierać, to chyba sięgnął bym po któryś z ogródków, bo w Aqua Solis wydają mi się, przesadnie poprawne i brakuje im jakiegoś wyróżnika. Ellena zrobił swoje ale nie przepracował się 😉
Aha, flakon prosty ale ładny.

Podobne: inne kompozycje Elleny

Kompozycja: 4(+)
Moc: 3
Trwałość: 3
Flakon: 4
SOB: 4
(+)

Nuty:
Umysł: owoce (cytrusy), kardamon,
Serce: rozmaryn (?),
Baza:  piżmo, wetyweria.

Absolu(tny) kicz

Moda na wersje „absolu(t)” w perfumerii selektywnej zapanowała kilka lat temu. W założeniu miały to być kompozycje głębsze, mocniejsze, często w wersjach EdP, jakby dobitniej eksplorujące główny temat zapachu. W praktyce szybko okazało się, że jedyne co się kryje w tym pomyśle, to chęć zarobienia dodatkowych pieniędzy, co samo w sobie nie jest niczym złym pod warunkiem, że w zamian oferuje coś dobrego – jakość, interesującą kompozycję etc. Niestety większość tego typu wypustów zaczyna się i kończy na flakonie. Nie inaczej jest z opisywanym właśnie Aqua di Gio Absolu.

„Podstawowa” wersja tych perfum może się podobać lub nie ale funkcjonuje na rynku już od prawie ćwierć wieku i zdążyła zdobyć grono zwolenników.
Wydany w 2018 Absolu Armaniego ma być rozwinięciem w stronę bardziej drzewną,
nieco morską, intrygującą. W praktyce są to bardzo syntetyczne, do bólu słodkie i oklepane perfumy jakich na półkach perfumerii stoją setki, a jedyne na co warto zwrócić uwagę, to całkiem ładny flakon. Trudno pisać tu o jakiejkolwiek kompozycji, od początku atakuje wściekła słodycz, która dosłownie niczym nie różni się od perfum, które stoją w najbliższej odległości – nos boli, oczy krwawią, dusza krzyczy hilfe! Naprawdę nie ma się nad czym pochylić. Tak jak trudno recenzować hamburgera z McDonalda, tak samo trudno napisać cokolwiek o tych perfumach. Ale ale! Przecież McDonalda wszyscy lubią, nieprawdaż?! No właśnie, może w tym tkwi sedno problemu? Bo Aqua di Gio Absolu również masowo się ludziom podoba i wnosząc po opiniach w sieci, to superaśna perfumka, co ją mój luby używa a ja uwielbiam na nim! I chyba tyle w temacie.
Pachnie krótko, intensywnie przez godzinę dwie, potem osadza się na skórze i blaknie.
Ogółem jest to badziewie i miernota charakterystyczna dla naszych czasów ale zapewne sprzedaje się dobrze, więc możemy się spodziewać więcej podobnych „dzieł” w przyszłości.

Na koniec smutne spostrzeżenie – 30 lat perfumowej edukacji w naszym kraju a ludzie wciąż najchętniej sięgają po największe barachło. Niestety w tym względzie niewiele się zmieniło. I żeby było śmieszniej, każą sobie za ten gniot płacić setki złotych…
Unikajcie.

Podobne: dosłownie wszystko inne

Kompozycja: 2(-)
Moc: 3(-)
Trwałość: 2(+)
Flakon: 4(+)
SOB: 2(-)

Nuty
umysł: bergamotka, nuty morskie, grejpfrut, jabłko
serce: geranium, rozmaryn, lawenda
baza: nuty drzew, labdanum, paczuli, fasola tonka

Rozstrzygnięcie konkursu + niespodziajka!

Witajcież, moi drodzy!

Nadszedł czas, aby ogłosić zwycięzców konkursu. Ponieważ zgłosiły się tylko trzy chętne osoby, a perfum do wygrania były dwa flakony, uznałem że szkoda by było, aby trzecia nie otrzymała nagrody i postanowiłem dołożyć trzecie perfumy – a jakie? A to już niespodzianka 🙂

Maszyna losująca zwalnia zawleczkę…

i jedziemy!

Ajmal Free Spirit wędrują do…

Gianfranco Ferre z kolei zawita u…

Zaś niespodziankę odbierze…

Wszystkim zwycięzcą gratuluję i proszę o kontakt celem ustalenia wysyłki.