ocean w butelce po Ludwiku

oceanPo Ocean od Demeter spodziewałem się… sam nie wiem czego, no bo niby jak pachnie ocean?
Tymczasem tuż po skropieniu poczułem kawał chemii, który sprawił że skrzywiłem się niemiłosiernie uznając iże cokolwiek próbka zwietrzałą/zepsutą być musi. Minęło kilka minut niuchnąłem ponownie i… konsternacja. Pachniało… oceanem? Wodą? Morzem? Nie wiem sam jak to określić ale skojarzenia były jednoznaczne z jednej strony, boć to mokre było ale i bardzo niejednoznaczne z drugiej, bo poza nutą „wodną” mój nos niczego nie wyłapywał i rozpoznawał. Ani to słone ani słodkie, trochę plastikowe ale dziwacznie – nie wprost, jakby to ukryć chciało.

Jakby nie było Ocean od Demeter pachnie w sposób dziwny, przywołuje jakieś obrazy niejasne (plaża, zatoka -?) ale trzyma się tematu na swój specyficzny sposób. Może to droga do oddania klimatu dużej ilości H2O? Pojęcia nie mam ale jak na koncept zapachowy – jest zdecydowanie dobrze. Natomiast całkowicie jest niedobrze w kwestiach użytkowych – nie nadaje się zupełnie do noszenia, bo pachnie przez godzinę, może dwie  w efemerycznie i ulotnie.

I chyba tyle, ciekawostka warta poznania przy okazji ale na pewno nie perfumy użytkowe.

Podobne: hmm…

Kompozycja: 3(+)
Moc: 1(+)
Trwałość: 1(+)
Flakon: 3(+)
SOB: 3(-)

Nuty: woda morska, sól, piasek.

biała goryczka

gbZa każdym razem ilekroć sięgam po perfumy marki Hermes wiem, że będzie to ciekawe spotkanie. Obok mojego ukochanego Lalique, to chyba druga marka w mainstreamie, która tak mocno się wyróżnia. Zapachy sygnowane nazwą rzymskiego boga są po prostu inne od wszystkiego innego. Odmienne inaczej niż Lalique, bo olfaktorycznie penetrują krańcowo różne rejony ale paradoksalnie także w ten sam sposób – są specyficzne, takie „swoje”. Może zasługa w tym nosa Jean-Claude Elleny, który nieodzownie kojarzy mi się właśnie z tym brandem (i oczywiście skomponował opisywane pachnidło)? Jego mistrzowski minimalizm i charakterystyczny rys nie pozostawiają obojętnym – kochasz albo nienawidzisz, jakież to nasze, polskie, sercu bliskie – nieprawdaż..?

Ale ale, my tu gadu gadu a na nadgarstku stygnie właśnie Eau de Gentiane Blanche, czyli minimalistyczny koncept zapachu świeżego w najlepszym możliwym wydaniu. Pozbawiony cytrusów, nut pseudo morskich i para-wodnych, Gentiane Blanche to aromat urzekający intensywnie aromatyczną lekkością ziół, rześki i optymistyczny. Niby jasny i przestrzenny ale z odrobiną osobliwego hermesowego (tudzież Ellenowego) „niepokoju”.
Kompozycyjnie to mistrzostwo – tylko cztery składniki ale dobrane w tak komplementarny sposób, że efekt po prostu urzeka. Goryczka (ziele) – wbrew nazwie nie jest gorzka, raczej całkowicie pozbawiona słodyczy ale to moje indywidualne odczucie. Irys (kwiat) – zazwyczaj nachalny tutaj ujęty w ryzy formy buduje klimat a w połączeniu z piżmem (to również subtelnie „szamponowy” akord) równoważy ziołową „gorycz”. No i kadzidło. Kadzidło? W „świeżaku”?? Tak! I to jak!? W tle snuje się wyraźnie wyczuwalna woń lekko przygasłego, rozproszonego przez wiatr kadzidła. Efekt? Jak możecie sobie wyobrazić – niecodzienny. I co najważniejsze – wszystko to razem pachnie pięknie.goryczka

Wady? Oczywiście, musi być równowaga w naturze, doskonałość jest wszakże nudna i nie redukuje się do zera, więc wymienię dwie. Parametry techniczne – mamy treść, zawodzi forma, bowiem zapach jest ulotny i nietrwały, w porywach może 4-5h na nosicielu w dodatku dość efemerycznie objawia się światu (edc). No i cena, Hermes do tanich marek niestety nie należy, więc chcąc się nim cieszyć trzeba wydać prawie 300 złotych a to dużo. Cóż, coś za coś – na pocieszenie rzeknę, iż będą to dobrze wydane pieniądze.

Czy polecam? Oczywiście! Nawet jeśli nie nosić, to przynajmniej powąchać – zdecydowanie warto!

Podobne: mówią, że Fleur du Matin od Miller Harris. Nie wiem… Testowałem (choć recenzja gdzieś zaginęła) – klimat podobny, też ziołowy ale ujęcie jednak odmienne.

Kompozycja: 5(-)
Moc: 2(+)
Trwałość: 3(-)
Flakon: 4
SOB: 4(+)

Nuty: goryczka, irys, piżmo, kadzidło.

PS. Flakon nie jest piękny ale bardzo intrygujący.
PS2. Kwiat goryczki ma niesamowity, głęboki (na ile je rozróżniam) niebieski kolor.

imbirówka

imbirLubicie imbir? Jeśli naciąć i powąchać korzeń – pachnie dość ostro, lekko gryząco nawet ale aromatycznie i ciekawie zarazem. Składnik ten jest nadużywany przez producentów perfum w wersji słodko-syntetycznej – prostackiej i z reguły nieciekawej. Co innego koncepty oparte na nim oparte -zdarzają się tu perełki. Niewątpliwie Roger&Gallet Gingembre stoi po jasnej stronie mocy.

Perfumy o kompozycji skrajnie prostej – imbir z delikatną tylko domieszką bergamotki, dość szybko zamienia się w zapach aromatyczny, delikatnie słodkawy, pozbawiony ostrości imbiru. Monolit – żadnych przejść, zmian, od początku do końca to samo. Że mało? Wierzcie, że wystarczy, bo i tak pachnie bardzo ładnie i naturalnie. To woń bardzo jasna i pełna przestrzeni, z kategorii tych polepszających nastrój – uroczy uniseks, którym można sobie poprawić humor, ot.

Podobnie jak większość pachnideł Roger&Gallet, także Gingembre to woda odświeżająca (eau fresh), czyli mgiełka. Ma to niestety tę wadę, że kompozycja jest wyjątkowo nietrwała i ulotna i to nawet jak na ten rodzaj produktu. Przypomnę, że równie udane Bois d’Orange radziły sobie pod tym względem znacznie lepiej, tutaj aby uzyskać jakikolwiek efekt trzeba się dosłownie zlać perfumami (a rezultat i tak nie będzie rewelacyjny), na szczęście są one bardzo tanie, więc nieco to ratuje sytuację.

Gdyby tylko pachnidło miało odrobinę lepsze parametry techniczne, to poleciłbym je szczerze każdemu, komu imbir brzydkim nie jest, ponieważ jednak jest jak jest, to bardziej olfaktoryczna ciekawostka ale i tak warta poznania.

Podobne: np. niektóre wersje od Demeter,

Kompozycja: 4(-)
Moc: 2(+)
Trwałość: 2(-)
Flakon: 4(+)
SOB: 4(-)

Nuty:
umysł: neroli, imbir, bergamotka,
serce: imbir, ambra,
baza: benzoina, piżmo.

Po prostu cud! Owny.

MArwelous-Spray

Dokładnie wiedziałem czego się spodziewać po Al Haramain Marvelous i dokładnie to dostałem. Perfumy marek ”arabskich” wypuszczane na europejskie rynki stają się coraz bardziej przewidywalne podobnie jak kolejne wypusty mainstreamowe „starych”, rodzimych producentów. Dominują dwie drogi – bogaty, słodki, upojny orient – w różnych wydaniach ale łatwo przyswajalny dla nosa albo kolejna wariacja na temat (najczęściej) różanego oudu i pochodnych. Biorąc pod uwagę bardzo dobre parametry i jakość tych produktów – trudno się czepiać, każdy znajdzie coś dla siebie, choć owa schematyczność nieco razi (przynajmniej mnie).

Marvelous wyłania się z bramki numer jeden. Jakoby uniseks ale nie dajcie się zwieźć, to kompozycja stricte kobieca kwiatowo-owocowa z intensywną domieszką brzoskwini. Kwiatów jest wiele i mieszają się tworząc nieco dziwny miks (bardzo orientalne karo karoundé i ylang ylang – ?), który może zakręcić w głowie, a już na pewno w nosie. Jego specyficzność jest zarówno wadą jak i zaletą, bo z jednej strony jest charakterystycznie z drugiej… nie każdemu ta charakterność przyjazną będzie (mówiąc wprost – może drażnić). Monolit, praktycznie rzecz biorąc do końca pachnie akordami, którymi raczy w otwarciu, osiada się z czasem na skórze lawirując w lekce piżmowe rejony ale nie porzucając swojego kwietnego sedna. Ważne, że nie leje słodyczą na prawo i lewo, kwiatuszki nie pachną co prawdaż przesadnie naturalnie ale nie ma powodów do narzekań, jest to… nowoczesne ich ujęcie.
Ładnie pachnie? Hmm… jestem w stanie sobie wyobrazić intrygującą Panią w tym zapachu ale z pewnością nie jest to woń dla każdej białogłowy. Może to zaleta? …ok – ładnie pachnie, mimo wszystko.

Standardowo w przypadku „arabów” wionie długo i dość intensywnie. Kosztuje niewiele, a jakością nie ustępuje innym bardziej nam uznanym markom, więc z punktu widzenia ekonomiczno-pragmatycznego jest to doskonały wybór (tutaj „europejczyki” dają ciała na całej linii i startu nie mają).

Jeśli jesteście Paniami (lub „otwartymi” Panami) szukającymi względnie uniwersalnego zapachu a równocześnie z charakterkiem, który mógłby stać się waszym signature scent i kierujecie swój wzrok akurat w te rejony olfaktoryczne, to polecam wypróbować. Cała reszta ludziów – niekoniecznież.

Podobne: orientalne kwiatki arabskich marek: Al Haramain, Ajmal, Amouage (czemu one wszystkie są na „A” – ?),

Kompozycja: 4(-)
Moc: 4
Trwałość: 4(+)
Flakon: 3(-)
SOB: 3(-)

Nuty:
Umysł: brzoskwinia, zielona nuta, ananas, mango, śliwka, bergamotka, aldehydy, róża,
Serce: róża, korzeń irysa, jaśmin, rezeda, konwalia, geranium, ylang-ylang, karo karoundé,
Podstawa: piżmo, drzewo sandałowe, bursztyn, cedr, paczuli, róża, wanilia.

drewno (nie)czyste

pwZa każdym razem, kiedy testuję kolejny flanker od Thierry Mugler mimowolnie na mojej twarzy pojawia się grymas. To jedna z dwóch firm, która po zrobieniu czegoś niezwykłego skupiła się na odcinaniu kuponów od swojego sukcesu. Nie było by w tym nic złego, gdyby kiedyś nadszedł moment na zakasanie rękawów i wzięcie się do pracy, niestety ta chwila nigdy nie nadeszła.

Pomijając nieszczęsne nawiązanie do oryginału (A*Men), z którym Pure Wood nie ma praktycznie rzecz biorąc nic wspólnego poza nazwą i duża ilością słodyczy, jest to przyjemne choć dość standardowe pachnidło oparte na przewodnim motywie drewna i słodkości. Wedle nut jest to dąb, co akurat trudno stwierdzić bo drewienko z PW jest lekko nadpalone i skąpane w dużej ilości słodkiego wywaru z niekulinarnej wanilii z roślinnymi dodatkami, który nadaje ton całości. W tle gdzieś tam się pałęta posmak kawy ale na tyle niewyraźny, że… no właśnie stanowiący odległe tło. Zapach jest sympatyczny, choć dość ciemny równocześnie brakuje mu przestrzeni ale to normalne w przypadku „drzewiaków”. Nosi się przyjemnie, przez pierwsze kilkanaście minut uderza w nos intensywnie, potem szybko osadza się na skórze, zlewa z nią i wytwarza przyjemną aurę, która otacza ciało przez kilka godzin (6 w porywach 7).

To, co najbardziej rzuca się w oczy we wszystkich A*Menach, to ich tandetne wykonanie (łącznie ze sprzedawanym w plastikowym blistrze zreformułowanym „oryginałem). Flakony są badziewne i przypominają wyrób do zabawy dla dzieci a nie produkt luksusowy, parametry co najwyżej przeciętne (także w „oryginale”) a przecież moc i trwałość protoplasty przeszła już do legendy. Nie inaczej jest w przypadku Pure Wood – biorąc do ręki buteleczkę można się jedynie skrzywić z niesmakiem. Tak ordynarnego odcinania kuponów nie spotkałem jeszcze nigdy, nie tylko zresztą w branży perfumeryjnej. Nawet patrząc na perfumy z zupełnym, pominięciem nawiązań do pradziadka, wciąż to co otrzymujemy zwyczajnie nie jest warte ceny.

Podsumowując, Thierry Mugler A*Men Pure Wood to ładny ale niczym nie wyróżniający się zapach dla panów i pań (bo oczywiście, to uniseks) w zasadzie na każdy chłodniejszy dzień, na każdą okazję. Dla każdego, nie niesie ze sobą żadnego przekazu, ani głębszej treści. Taki przeciętniaczek.

Podobne: inne A*Meny, inne słodkie drzewce

Kompozycja: 3
Moc: 3
Trwałość: 3(+)
Flakon: 2
SOB: 3(-)

Nuty: dąb, kawa, wanilia, cyprys, paczula.

Gdyby advert wpływał na ocenę, to solidnie bym ją obniżył. Takiego braku korelacji pomiędzy zapachem a reklamą dawno nie widziałem! Ktoś chyba pomylił perfumy. Albo jest kretynem.

czekoladowa miętówka

DM031Są takie czekoladki miętowe, w zielonym bodajże sreberku – okrągłe, krążki takie – na pewno znacie. Smakują bardzo dobrze, czekolada z odrobiną mięty daje świetny efekt, nie tylko zresztą w kuchni ale także w perfumach. W zasadzie na tym mógłbym zakończyć, bo dokładnie tak jak owe czekoladki pachnie Chocolate Mint od Demeter, kolejny koncept-zapach inspirowany tym razem popularnym połączeniem. Jednak, żeby nie streszczać się w dosłownie w kilku zdaniach, gwoli obowiązku parę dodatkowych informacji. Oprócz słodkiego a zarazem świeżego aromatu czekolady i mięty, znanego z popularnych słodyczy, który trwa relatywnie krótko Demeter ma także nieco cieplejszą i bardziej subtelną stronę, która już po kilku minutach dociera do głosu – to woń ciepłej, parującej czekolady, w której mięta jest tylko delikatnym tłem. Nie ma tu nic więcej, żadnej filozofii – po prostu czekoladka miętowa i tyle.

O ile w przypadku innych kompozycji tej marki mogliśmy liczyć na 3-4 godziny cieszenia się zapachem, to niestety Chocolate Mint zapewnia jedynie ok. 1-2 godzinę smakowitej przyjemności po czym znika. Nie projektuje też w sposób, który pozwalałby na ujęcie tego w jakiekolwiek ramy użyteczności. Wygląda więc na to, że mamy do czynienia li tylko z ciekawostką olfaktoryczną.

Lubicie czekoladki miętowe? Zapewne tak, więc i ten zapach przyjemnie wam się skojarzy. Ale nosić go? Nie da rady🙂

Podobne: pastylki czekoladowe w zielonych sreberkach😉

Kompozycja: 2(+)
Moc: 1(+)
Trwałość: 1(+)
Flakon: 3(+)
SOB: 2(+)

Nuty: mięta, czekolada.

O-Zone, Man!

1No proszę jaka niespodziajka! Perfumy, które zostawiłem na sam koniec, zakładając że nic ciekawego mnie tu nie spotka ze strony marki Sergio Tacchini, okazały się czarnym konikiem w całym secie próbek, który w ostatnim czasie przetestowałem.

Kompozycja prosta i finezyjna jak plaskacz w odpowiedzi na intelektualne zaczepki krewkich kodowców, nie kryje w sobie nic, co samymi tylko nutami spisanymi na papierowej pięciolinii marketingu miałoby zwrócić uwagę, a tymczasem… Od pierwszego akordu figlarnie kręci w nosie słonecznymi cytrusami (dominująca mandarynka), doprawionymi kardamonem i muszkatem – pięknie! Jest słodko, wesoło i radośnie a do tego naprawdę ładnie. Wydaje się, że sekret kompozycji tkwi właśnie w owym umiejętnym przełamaniu cytrusów przyprawami, co w samo w sobie nie jest szczególnie odkrywcze ale tutaj udało się to bardzo dobrze zrobić, osiągając niezwykle aromatyczny i przyjemny efekt. Oczywiście, że nie znajdziecie jakiś oryginalnych patentów ale to co w ramach nieskomplikowanej, cytrusowej woni zaproponował nam bezimienny nos tworzący dla Sergio Tacchini (lub innej dużej grupy) robi bardzo dobre wrażenie i poprawia humor. Celowo nie wspominam o jakiejś ewolucji zapachu, bo to raczej koncept oparty na głównym motywie i jeśli się coś zmienia w czasie, to głównie siła zapachu i ewentualnie pojawiające się pewne „dodatki”, jednak schowane mocno w tle (np. kwiaty).

Sergio Tacchini O-zone for Man, to tak nieskomplikowane i niczego nie udające pachnidło, że aż trudno go za to nie polubić. Pachnie jak na świeżynkę przystało, czyli ok 5h, nie zarzuca projekcją na lewo i prawo ale daje się wyczuć – ot, „standard”. Flakon, nawiązujący nieco do Bulgari Aqua (i do jednego z flankerów owych nawet podobieństwo też jest), i ta nazwa – ozon, całkiem trafna bo pachnie lekko, lekkością aromatyzowanego powietrza.

Krótko mówiąc, warto spróbować jeśli szukacie fajnego, świeżego aromatu bez udziwnień na ciepłe dni.

Podobne: Bulgari Aqua Amara, Bois d’Orange Roger&Gallet, itd.

Kompozycja: 4
Moc: 3
Trwałość: 3
Flakon: 4
SOB: 4(+)

Nuty:
umysł: grejpfrut, cytryna, mandarynka,
serce: gałka muszkatołowa, herbata, jaśmin, kardamon,
baza: piżmo, ambra, bursztyn, wetiweria, cedr.